Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 26 października 2010

ZŁY KOMUNISTA

Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. 
(Księga Mądrości 2,12-16) 

Stom Matthias, Chrystus cierniem ukoronowany
Bezbożny od zawsze nienawidzi sprawiedliwego, a między złem i dobrem zieje otchłań, której nikt przekroczyć nie zdoła. Zdarzyło się podczas wojny domowej w Hiszpanii, był to rok Pański 1936, że dyszący nienawiścią do świętego Kościoła rzymskiego komuniści, dostali w swoje bezbożne ręce pewnego pobożnego kapłana Chrystusowego, który szczęśliwie dobiegał już kresu bojowania na tym łez padole. Nie bacząc na podeszłe lata tego czcigodnego starca, ani na reumatyzm, który pętał mu członki tak, że z trudem tylko i przy pomocy laski mógł się był poruszać, powlekli go pośród obelg i szyderstw do sławnego miasta Madrytu. Tam postawili go przed swoim zbójeckim trybunałem i prośbą i groźbą zmuszali do wyparcia się świętej katolickiej wiary. 

– Niech no obywatel przysięgnie, że Bóg nie istnieje! – naciskali złorzecząc i bluźniąc najwyższemu Imieniu. 

Wtenczas kapłan począł przedstawiać im racje przemawiające za rozumnością wiary a nierozumnością ich zapiekłego ateizmu. Tym bardziej jeszcze rozsierdził owych niesprawiedliwych sędziów-ateuszy. Odrzucili zatem wszelkie pozory przyzwoitości i otwarcie grożąc mu już śmiercią, nie bacząc na czcigodny jego wiek ani na opłakany stan zdrowia, nakłaniali go do natychmiastowego wyrzeczenia się wiary w Boga. Wtenczas kapłan spokojnie powiedział: 

- Jakże zaprzeczyć istnieniu Boga, jeśli On patrzy na nas w tej chwili i widzi nasze uczynki? 

Wtedy herszt komunistów zerwał się na równe nogi i do licznych swoich grzechów chciał dodać jeszcze ten jeden – czerwono błyskając oczyma, wyrwał rewolwer zza pasa, przyłożył go do serca kapłana i wyryczał: 

- Zaprzecz klecho istnieniu Boga, albo na miejscu cię ubiję! 

Ksiądz powstał z wielkim trudem i czepiając się kurczowo krawędzi stołu, wyrzekł dobitnie i mocno: 

- Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi… 

Od oblicza świadka Chrystusowego biła jasność, jakiej udzielić może jeno Prawda sama. Zatwardziały zaprzaniec, bo i on narodził się był chyba katolikiem, bezsilny wobec takiej odwagi gotowego na męczeństwo świadka, porzucił pistolet, rąbnął ręką w stół i wykrzyknął: 

- Ja nie potrafię zabić takiego człowieka! 

Może ktoś wie, co stało się potem? Co pomyśleli towarzysze o swoim kamracie, który dał dostęp do swego serca szlachetniejszemu uczuciu? Może, że był on złym komunistą? Bóg jeden wie, co z nimi potem się stało. Takich historii jak ta może było wiele. Ci dwaj pewnie już nie żyją. Obydwaj wiedzą teraz, że jest Bóg i jest nagroda za cnotę i kara za występek; obydwaj odebrali już swoje. Ale ta historia wciąż się powtarza i ta walka ciągle się toczy, aż – gdy skończy się czas próby - otchłań rozdzieli walczących; przepaść, której jedni i drudzy już nie przekroczą.

Źródło: Mauricio Rufino, Vademécum de ejemplos predicables (Editorial Herder), 
Barcelona 1962, N° 1099, s. 445-446.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz