Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 11 października 2010

SZCZĘŚCIE, KTÓRE ODESZŁO - TRZEJ STARCY

Jeśli chciałoby się być tylko szczęśliwym, cel osiągnie się szybko, jednak chciałoby się być szczęśliwszym niż inni. A to trudne, ponieważ zwykle uważamy ich za szczęśliwszych, niż są w rzeczywistości. 
Monteskiusz

Franciszek Ejsmond, Ciche szczęście, 1887


SZCZĘŚCIE, KTÓRE ODESZŁO

Żył sobie raz człowiek, który powinien był być szczęśliwy. Ani nadmierne bogactwo, ani wielka bieda niestały się jego udziałem. Za żonę miał niewiastę urodziwą, choć niektórzy nie uznaliby ją może za olśniewającą piękność. Była osobą roztropną i pracowitą, choć owszem, nieraz zrzędziła i narzekała na ciężkie czasy. Dzieci miał zdrowe i udane, a jeśli trochę rozpuszczone, to nie bardziej niż inne. Miał on ładny domek z kawałkiem ogrodu, choć nikt nie nazwałby go willą. Miał cichą i spokojną pracę. Zarabiał w miarę dobrze, choć nie tyle, aby móc szastać pieniędzmi na lewo i prawo. Miał akurat tyle, ile mędrcy mówią, że wystarcza do szczęścia. Mimo tak pomyślnej koniunktury, człowiek ów nie uważał się za szczęśliwca. Co gorsza, doszedł w końcu do przekonania, że był nieszczęśliwy! Stopniowo rodziło się w nim poczucie niezadowolenia, niespełnienia i frustracji...

– Wyruszę na poszukiwanie szczęścia! Co mi tam rodzina... – postanowił sobie pewnego dnia.

I porzucił rodzinę i dom. Poszedł w szeroki świat, w nieznane. Wkrótce napotkał tam wesołych kompanów, nie stronił od kieliszka. Począł tracić czas na hulankach i swawolach. Próbował tego i owego, szukał szczęścia, ale doświadczał tylko jego lichych pozorów i namiastek. W tej pogoni za marnościami światowymi szybko minęły mu najlepsze lata życia. Człowiek ów schudł i postarzał się. Jak to kiedyś powiedział jakiś poeta – twarz mu zbledła, włosy zrzedły, pozostały mu już tylko nieliczne zęby... Hulaszczy tryb życia stał się nadto przyczyną melancholii, dręczących wyrzutów sumienia. W tak żałosnym położeniu grzesznik ów zdecydował się wreszcie na powrót do rodzinnego gniazda. Zbliżając się do porzuconego przed laty domu, dostrzegł na jego progu jakąś cudną postać, jasną i ulotną, która machała mu zwiewnie ręką na pożegnanie.

– Kim jesteś? – zapytał powracający mąż i zgorzkniały ojciec.

– Jestem szczęście, któregoś niefortunnie nie chciał uznać za swoje. Przez długie lata jam tu na ciebie czekało,
aleś nie chciał wracać. Teraz nic tu po mnie, bo twój czas na szczęśliwość przeminął. Tym razem to ja muszę porzucić ciebie. Żegnaj na zawsze, człowieku ślepy i nieszczęśliwy! Z wnętrza domu doszły go żałobne lamenty. To nad umarłą małżonką tak płakano. Praca ponad siły i życie porzuconej żony napełniły kobietę goryczą i skróciły jej dni. Dorosłe już dzieci nie rozpoznały, a może rozpoznać nie chciały, wychudłego ojca-hulaki, co roztrwonił szczęście ich i swoje...

oprac. za: Tihamér Tóth, Cristo Rey o Jesucristo y Nuestro Siglo,
Buenos Aires 1944, s. 135.


TRZEJ STARCY

Pewna kobieta wyszła z domu i spostrzegła trzech siwobrodych starców, jak wsparci o podróżne kostury stali przed jej domem. Mimo że ich nie znała, postanowiła ich ugościć.

- Proszę wejść do środka na mały poczęstunek, czcigodni podróżni, pewnie jesteście drogą zmęczeni i głodni – zwróciła się do nich uprzejmie.

- A czy twój mąż, dobra kobieto, jest w domu? - zapytali.

- Nie, wyszedł na jarmark do miasta – odpowiedziała.

- A zatem nie możemy wejść pod twój dach. Poczekamy tu na zewnątrz, aż wróci. To już niedługo

Faktycznie, dzień miał się ku wieczorowi. Kiedy mąż wrócił, żona opowiedziała, co zaszło

- Idź szybko, powiedz, że jestem w domu, zapraszam ich na kolację, a także proponuję nocleg – polecił jej mąż, który wielką wagę przykładał do świętego prawa gościnności.

Kobieta wyszła, odnalazła starców odpoczywających nieopodal i powiedziała:

- Ja i mąż zapraszamy was na wieczerzę i na nocleg, czcigodni podróżni. Jest już późno, to niedobrze po trudach wędrówki nocować na dworze, z pustymi brzuchami na dodatek.

Starcom spodobały się słowa gościnnej niewiasty. Najdostojniejszy z nich odezwał się tak:

- Dobra kobieto, pozwól że najpierw się przedstawimy. Ten mój towarzysz tu ma na imię Obfitość, ten drugi Sukces, a ja nazywam się Miłość. Rzeczywiście przybywamy z dalekiego świata i bardzo pragniemy gościny. Ale jest mały problem. Nie możemy wejść pod twój dach wszyscy jednocześnie, ale tylko pojedynczo, każdy osobno. Wracaj więc do swego domu i uradź z mężem, którego spośród nas trzech chcecie przyjąć dziś w gości. Zastanówcie się dobrze.

Zdziwiona kobieta poszła do domu i opowiedziała mężowi o odpowiedzi podróżnych. Był on tym zachwycony i zawołał:

- Widzę, że są to wysłannicy nieba, którzy zstępują ponoć czasem na ten padół płaczu. W tym wszystkim jesteśmy chyba wystawiani na jakąś próbę. Trzeba uważać i dobrze wybrać... Zaprośmy pod nasz dach Obfitość. W ten sposób nigdy już nie będziemy cierpieć biedy!?

Jednak kobieta miała inne zdanie i chciała zaprosić Sukces. Wmieszała się jednak córka i zaproponowała:

- A czy nie lepiej zaprosić Miłość? Dopiero wtedy cały nasz dom będzie szczęśliwy!

Rodzice zgodzili się, że córka ma rację. Kobieta czym prędzej pobiegła do starców.

- Który z czcigodnych nazywa się Miłość? - zapytała. - Proszę, niech wejdzie pod nasz dach. To jego zapraszamy! 

Zaproszony powstał i skierował swe kroki ku wiejskiej chatce, ale o dziwo!, dwaj pozostali również powstali i szli w ślad za nim.

Kobieta była zdziwiona i zapytała Obfitość i Sukces:

- Ja zaprosiłam tylko Miłość, dlaczego więc i wy idziecie?

Starcy odpowiedzieli jej równocześnie:

- Gdybyś zaprosiła pod swój dach tylko Obfitość lub tylko Sukces, dwaj inni musieliby pozostać na zewnątrz. Ponieważ jednak zaprosiłaś Miłość, to i my za nią iść musimy, jako że zawsze jej towarzyszymy, dokądkolwiek by się ona nie udawała.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz