Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 11 października 2010

TRZY FAJKI

Nie chowaj nienawiści po wieczne czasy, ty, który sam nie jesteś wieczny. 
Arystoteles


Pewien Indianin stanął przed kacykiem bardzo rozgniewany: 

- Mój sąsiad dopiero co ciężko mnie obraził! 

Włosy jego jak pióra zjeżone stały mu na głowie, oczy miotały pioruny. 

- I co zamierzasz uczynić? – zapytał stary wódz. 

- Pomszczę zniewagę, zabiję łajdaka bez litości! – odrzekł obrażony i począł opowiadać, co mu się przydarzyło... 

Kacyk uważnie wysłuchawszy opowieści, dał mu taką radę: 

- Uczyń, jak żeś zamierzył. Ale przedtem jedna moja prośba: Usiądź sobie spokojnie pod świętym drzewem naszej wioski, zakurz fajkę, przemyśl wszystko gruntownie. 

- Uczynię tak, jak mi radzisz, Wodzu, ale potem zabiję tego niegodziwca bez litości!... 

Rozgniewany człek poszedł zasiąść pod świętym drzewem, kurzył, rozmyślał. Czas płynął. Kiedy skończył, wystukał popiół z fajki, wrócił do kacyka i ozwał się w te słowa: 

- Szefie, przemyślałem tę sprawę lepiej. 

- I co zdecydowałeś? – zapytał cierpliwy starzec. 

- Myślę, że zabić za tę zniewagę to za dużo. Strzelę go tylko w pysk, ale tak potężnie, że na długo mnie popamięta! 

- Tak, ten pomysł wydaje się dobry. Człowiek ten pewnie na to zasłużył. Idź jednak jeszcze raz pod święte drzewo, zakurz drugi raz i pomedytuj jeszcze! Wróć potem tu i podziel się ze mną twymi przemyśleniami. 

- Uczynię tak, ale potem... niech mój przeciwnik ma się na baczności! 

Rzecz się powtórzyła. Rozgniewany człowiek kurzył i medytował, jeszcze bardziej się uspokoił. Wrócił do wodza i powiedział: 

- Szefie, jeszcze gruntowniej przemyślałem tę sprawę. Chyba nie warto go bić... 

- I cóż zamierzasz uczynić? - zapytał mądry kacyk. 

- Porozmawiam z nim. Publicznie go oskarżę i zawstydzę wobec wszystkich! Na tym jednak poprzestanę... 

Kacyk ponownie przyznał rację rozgniewanemu współbratu. Kolejny atoli raz wysłał go pod święte drzewo wioski. Udał się tam tym razem niechętnie. Ileż w końcu razy można kurzyć fajkę? Palił, rozmyślał, medytował, przemieniając w dym resztkę tabaki i resztę gniewu. Kiedy skończył, udał się do wodza i powiedział: 

- Przemyślałem rzecz całą kolejny raz: gra nie jest warta świeczki! Pójdę do tego łajd... to jest do tego sąsiada i wyciągnę rękę na zgodę. Pragnę w ten sposób zyskać przyjaciela, ufam, że pożałował on już swego haniebnego uczynku. 

Stary wódz spojrzał nań i powiedział: 

- Od samego początku chciałem Ci dać tę właśnie radę – idź i pojednaj się z twoim przeciwnikiem! 

- Czemuś zaś tego nie uczynił, Wodzu? – zapytał zdziwiony Indianin. 

- Potrzebowałeś czasu, aby samemu to odkryć...

Źródło: M. Menapace, Las tres pipas,
w: Cristo Hoy 2006, rok XII, nr 641, s. 23.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz