Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 11 października 2010

ZBUNTOWANE DRZEWA (BAJKA)

Im prawdziwsza i doskonalsza będzie nasza zażyłość z Bogiem, tym bardziej ku nam będzie wychodzić jego Opatrzność. 
(Św. Franciszek Salezy)

Kołysząca się na wietrze wyniosła topola przemówiła raz do drzew w te słowa:

– Towarzysze drzewa, bracia moi! Dobrze wiecie, że to dzięki nam, drzewom, ludzie i zwierzęta mogą oddychać, ziemia dostaje swą ściółkę, ptaki zakładają gniazda w naszych gałęziach – jesteśmy dobrodziejami wszystkich i centrum wszystkiego! Jedno tylko Słońce nie chce uznać naszej wyższości. Przeciwnie, uważa, że to dzięki jego promieniom jesteśmy tym, czym jesteśmy. Inni też myślą, że życie nasze zależy od Słońca. Ale ja wiem, towarzysze drzewa, że to wszystko są bajki wymyślone po to, aby nas zastraszyć. Podnieśmy zatem bunt przeciwko Słońcu!

Zapadła cisza. Nigdy jeszcze nie słyszano takiego dyskursu. Niektóre stare dęby i wiązy poczuły się zgorszone i uznały za stosowne zaprotestować – zaczęły szumieć głośno i kołysać się w wielkim oburzeniu. Ale młodym drzewom spodobały się te nowe idee i na znak aprobaty skłoniły z szacunkiem swe wyniosłe korony przed zbuntowaną topolą. Ta napełniła się jeszcze większą pychą. Za jej poduszczeniem drzewa ogłosiły strajk przeciwko Słońcu – postanowiły zrzucić jego jarzmo, unikając jego promieni. Przeszły na nocny tryb życia – w ciemnościach chciały wzrastać, kwitnąć, wydawać wonie i wysypywać owoce. Zbuntowane drzewa podbechtały w międzyczasie także inne rośliny do buntu. Nawet zboża poszły za nową modą, i kwiaty ogrodowe też.

Ludzie wnet zauważyli, że w lesie i okolicy zaszła dziwna zmiana. Słońce świeciło jak zawsze, ale pąki na drzewach uparcie się od niego odwracały. Kwiaty pozostawały zamknięte i chyliły swe kielichy ku ziemi, jak najdalej od słonecznych promieni. Tak samo czyniły liście – byle tylko z dala od słonecznych promieni! W nocy natomiast działo się odwrotnie: pąki szukały ciepła w księżycowym blasku, kwiaty rozchylały swe kielichy i kierowały je ku księżycowym promieniom. Liście też próbowały przetrwać w tych nowych warunkach. Wszystko jednak na darmo – blade światło księżyca i nikłe promienie dalekich gwiazd nie mogły nikomu dać niezbędnej do życia energii. Piękna niegdyś okolica zbrzydła przeokropnie. Niektóre drzewa poumierały, najpierw te najstarsze, co były przeciw rebelii – ich uschłe kikuty robiły upiorne wrażenie i straszyły przechodniów. Młodsze żyły jeszcze, ale były skarlałe, ich owoce robaczywe, ich na wpół zgniłe liście wydawały obmierzłą woń. Mieszkańcy coraz częściej wynosili się z tej bogatej niegdyś okolicy. Wszędzie panowało przygnębienie, smutek i nuda. Raz po raz zbuntowane drzewa chciały wrócić do Słońca, ale ich pełna pychy przywódczyni przekonywała je, że właśnie teraz są wolne i szczęśliwe.

Dopiero po długim, długim czasie ślepota ustała i drzewa zrozumiały, że nie ma życia bez Słońca. I chciałyby powrócić do dawnego zdrowia i dawnej świetności, ale trudno im było, bo tyle zapomniały, zaprzepaściły, zatraciły. I nikt nie pyta nawet o liczbę drzew uschłych – ofiar tego buntu. Strat tych jeszcze nie oszacowano, a już najmłodsze drzewa podnoszą po raz kolejny do góry swe pyszne korony i szykują się do nowego buntu. Już kołysze się na tle nieba kolejna zbuntowana topola. Tych ostatnich, na nieszczęście, nigdy nie brakuje. Historia kołem się toczy.

(T. Tóth, Cristo Rey o Jesucristo y Nuestro Siglo,
Buenos Aires 1944, s. 86-88)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz