Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 2 grudnia 2010

SPRAWIEDLIWA KULA - KARA ZA GRZECH


Podobnie więc ci "prorocy ze snów": ciała plugawią, Panowanie odrzucają i wypowiadają bluźnierstwa na "Chwały" (…) Ci zaś [temu] bluźnią, czego nie znają; co zaś w przyrodzony sposób spostrzegają jak bezrozumne zwierzęta, to obracają ku własnemu zepsuciu. 
(List św. Judy)

SPRAWIEDLIWA KULA

Pewien grubianin pogniewał się o coś na Pana Boga. I jak to miał w zwyczaju czynić ze zwykłymi śmiertelnikami, zaczął bluzgać przeciwko niebu najohydniejsze wyzwiska, a także wygrażał pięścią Najwyższemu. Żona bluźniercy płakała, dzieci się gdzieś pochowały, sąsiadka-nieprzyjaciółka pobiegła na skargę do proboszcza. Ogólnie wszyscy byli poruszeni, bo rzecz działa się na placu głównym. Zadowolony był tylko diabeł, nieodłączny towarzysz bluźniercy. Boć jego to było dzieło, od lat nad zgubą tej duszy pracował...

Ale gniewliwemu bluźniercy nie dość było na tym, że językiem napastliwym godził w niebiosa. Porwał strzelbę po dziadku-komuniście i w niebo począł strzelać, raz po raz wykrzykując szydersko:

- I co, wszechmogący jesteś, a pokarać mnie na miejscu nie umiesz?

Wypowiedziawszy kilka razy z kolei te bluźniercze słowa, padł trupem znienacka, jakby rażony piorunem. Zrazu szmer zgrozy przebiegł po zgromadzonym tłumie, ludzie żegnać się poczęli znakiem krzyża świętego. Ale co śmielsi podeszli, aby zbadać przyczynę tej nagłej śmierci. Odkryli na głowie ślad po kuli, która przebiła czaszkę, wydzierając niegodziwcowi życie. Wtenczas zrozumieli...

Mają w niektórych krajach ten brzydki zwyczaj, że strzelają do góry na wiwat. Pokłosiem takich zabaw są zwykle jacyś zabici. Bo kula biegnie zrazu szybko ku niebu jak słowo bluźniercy, ale w końcu się męczy, zatrzymuje, odwraca i zaczyna spadać; a spada prosto i szybko, jakby dusza potępiona lecąca w głąb czeluści piekła. I jeśli spadając natrafi na czyjąś głowę…

To właśnie zdarzyło się naszemu gniewliwcowi: kula, którą on sam wystrzelił, spadając przedziurawiła mu czerep. Zbieg okoliczności czy Boskie wyroki? Nie nam decydować. Zdarzenie to skrzypiącym piórem odnotowano w parafialnych księgach, aby nigdy o nim nie zapomniano. Długo jeszcze ksiądz proboszcz straszył nim krnąbrnych parafian. I dziś przytacza się je ku przestrodze nicponi, łajdaków i łobuzów wszelkiej maści: zło, które się czyni, powraca jak ta zbłąkana kula. Jest sprawiedliwość Boska na świecie, bo Bóg to porządek, nie chaos. Przyjdzie nagroda za cnotę, przyjdzie i kara za występek…


KARA ZA GRZECH

RMS Titanic
Dnia 10 kwietnia 1912 r. z portu południowej Anglii wyjechał do Ameryki okręt-olbrzym. Nazywał się Tytanik czyli Mocarny. Pierwszy raz dopiero wyjeżdżał w podróż. Zaopatrzony był we wszystkie potrzebne maszyny i turbiny, razem o sile 46.000 koni. W urządzonym zbytkownie wnętrzu mieścił dwa boiska tenisowe, teatr, wielką salę gimnastyczną i wiele kawiarń i cukierni. Wiózł 3.150 ludzi i jedzenie dla wszystkich na cały tydzień. Cały zbudowany z mocnej stali i tak długi, że nawet nie kołysał się na wodzie. To ochronić miało podróżnych od morskiej choroby.

Główny budowniczy Tytanika był bezbożnikiem i ufny w niespożytą siłę statku na spodniej jego części wyrył swoje hasło: „Ni Boga, ni pana!" Przy budowie tego olbrzyma brali udział pracownicy, należący do sekty oranżystów. (To coś, jakby bezbożny kościół narodowy). Dumni ze swego dzieła wypisali na bokach okrętu „Ani sam Chrystus nie zatopiłby tego statku", i drugie: „Nie masz Boga, który by zdołał ten okręt w odmętach morskich pogrążyć". Przed wyjściem Tytanika na morze był on fotografowany i z fotografii wiemy o tych napisach.

Było to bluźnierstwo, jakby wyzwanie rzucone Bogu!

Po czterech dniach podróży, w nocy z 14 na 15 kwietnia wszyscy podróżni uczuli straszny wstrząs. Ci, co spali, obudzili się nagle, niektórzy wypadli z łóżek; ci, co się bawili i ucztowali, zatoczyli się na podłogę.

- Co to? Co się stało?

Kapitan nie odpowiadał, albo odpowiadał wymijająco, że to małe zderzenie. Tymczasem Tytanik całą siłą pary najechał na płynącą górę lodową.

Czy ją rozbił? Nic podobnego. Zaledwie zadrasnął, a sam roztrzaskał sobie bok. Woda werwała się gwałtownie do wewnątrz. Podróżni nie wiedzieli, co się dzieje. Ale co to? Statek stanął w miejscu.

- Do pomp! Wszystkie pompy w ruch!

Tymczasem telegrafują na wszystkie strony po ratunek:

- Giniemy! Przybywajcie na pomoc! Toniemy! Ratujcie nasze dusze!

Kolos stanął na miejscu. Pompy nie mogły nadążyć usuwać wody, jaka wdzierała się przez otwór. Woda zaczęła zalewać pokłady, i Tytanik powoli, stopniowo zaczął przechylać się na bok, odsłaniając gwiazdom na niebie swój bluźnierczy napis. Zanurzał się w morze… Ludzie i maszyny z nadmiernym wysiłkiem pracowali przy pompach, aby odwlec chwilę katastrofy: Tytanik po uszkodzeniu utrzymał się na powierzchni cztery godziny.

Sąsiednie okręty, które otrzymały wiadomość o katastrofie, podążyły z pomocą, ale nie zdążyły na czas.

Na pokładach Tytanika wszczął się popłoch, rozpacz. Kapitan z rewolwerem w ręku utrzymywał porządek przy wsiadaniu podróżnych do łodzi ratunkowych: naprzód kobiety i dzieci! Kilku mężczyzn, co gwałtem chcieli siadać, położył trupem na miejscu. Uratowano tylko część podróżnych. Już nie było ani jednej łodzi ratunkowej, a tu na 20 pokładach Tytanika zostało jeszcze 1700 osób. Łodzie odjechały, a ci pozostali z rozpaczą w oczach spoglądali na ciemną otchłań wodną, gdzie niedługo mieli znaleźć swój okropny grób...

W 16 lat później t. j. w roku 1928 wyłowiono z morza butelkę zakorkowaną mocno, a w niej list pisany przez jednego z podróżnych przed zatonięciem Tytanika. Na chwilę przed śmiercią podróżny ów pisał: 

Nadchodzą ostatnie chwile Tytanika. Stoję na pomoście ze swoim szwagrem, jego żoną oraz ich dzieckiem. Ostatnia łódź ratunkowa już odpłynęła; pozostaliśmy na łasce żywiołu. Oficerowie załogi biegają w różne strony. Wielu pasażerów postradało zmysły i tarzają się w konwulsjach obłędu. Grupa mężczyzn otoczyła jakiegoś księdza, który ze wzniesionymi rękoma klęcząc, modli się na głos..."

Reszta listu już nieczytelna.

Między utopionymi wielu było bogaczów, milionerów amerykańskich: całe życie poświęcili gromadzeniu majątku, a oto taki koniec.

Tytanikiem jechało dwóch księży: Anglik i Polak. Polakiem był ks. Montwiłł, wyświęcony dopiero przed pięciu laty, z diecezji sejneńskiej, jechał do Chicago. Obaj ci kapłani nie chcieli się ratować, odstępując swe miejsca w łodzi innym. Wyspowiadali się jeden przed drugim, a potem rozgrzeszali wszystkich, co się do nich po rozgrzeszenie cisnęli. Cisnęli się do nich i protestanci, choć mieli swoich pastorów z narodowego kościoła. Korzyli się i bezbożnicy. Statek pochylał się coraz więcej. Już przód okrętu był w wodzie. Na tylnej części zgromadzili się wszyscy. Orkiestra grała pieśń religijną: “Być bliżej Ciebie chcę”…

Tytanik tonął, składając cześć Bogu.

(...) Każdy grzech pociąga za sobą karę, wcześniej czy później; w tym życiu, albo po śmierci. Dobry Bóg gotów tę karę darować, ale tylko tym, którzy ze skruchą za grzech żałują. Tych jednak, którzy z hardością pokutę odrzucają i umierają w odwróceniu się od Boga, czyli w grzechu ciężkim, tych Bóg sprawiedliwy karze piekłem.

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie,
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej,
Niepokalanów 31936, s. 107-110.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz