Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 19 maja 2016

MARYJA NAWRACA SŁABEGO W WIERZE ŻOŁNIERZA

Choćby nawet z najgorszym człowiekiem nawiązało się rozmowę o rzeczach Bożych, zawsze z tego płynie zysk niemały.
św. Ignacy Loyola

Po całym świecie katolickim, w różnych krajach są rozmaite miejscowości, w których Najświętsza Panna Maryja w szczególniejszy sposób modlitwy ludzi wysłuchuje i nadzwyczajne im łaski i dobrodziejstwa Boże świadczy. W Paryżu, na przykład, stolicy Francji, jest między innymi takie miejsce cudowne, kościół, tak nazwany N. P. Maryi "des Victoires", czyli Zwycięskiej. Otóż w tym kościele miało miejsce niedawno temu następujące rzewne zdarzenie, według tego, jak je opisał naoczny świadek w tych słowach:

Podczas tego, gdym stał z garnizonem wojska w Paryżu, znajdował się tam wraz ze mną w jednym batalionie pewien mój kolega, młody jeszcze żołnierz, który dopiero w zeszłym roku do wojska wstąpił i który od razu szczególniejszą moją uwagę na siebie zwrócił. Był to dobry człowiek, uprzejmy, grzeczny, koleżeński, spokojny, cichy, ale pod względem religijnym nader obojętny, zimny, luźny, a nawet wątły, chwiejny i słaby. Nie można powiedzieć, żeby był tchórzem - o nie! prochu się nie lękał, był odważnym i śmiałym; tylko jak się to po większej części pomiędzy wojskowymi zdarza, co do wiary był nadzwyczaj niewyraźny i niejasny. Nie boją się oni wcale śmierci na placu bitwy, lecz w mieszkaniu, w koszarach, obawiają się pokazać wyraźnie, że są katolikami i wstydzą się wiary, chociaż tacy są najszkodliwsi i najniebezpieczniejsi, boć jasno powiada Pismo święte: "obyś już był albo gorący, albo zimny, ale żeś chłodny (obojętny), przeto pocznę cię wyrzucać z ust moich".

Jak powiedziałem, interesował mnie bardzo ten człowiek. Widziałem, że z gruntu serca był dobrym, poczciwym, zacnym, tylko że za mało miał pod względem wiary cywilnej odwagi. Próbowałem mu przeto wszelkimi sposobami dodać śmiałości, męstwa, dowodziłem mu, że religia to także żołnierstwo Boże, bojowanie na ziemi, także się zasadza na zewnętrznych objawach, znamionach, czynach i że równie jest haniebnym zaprzeć się lub ukrywać swe zasady i przekonania religijne, jak na placu bitwy porzucić i opuścić swój sztandar. Jednak wszystko to było na próżno, słowa moje odbijały się od jego uporu, jak pigułki od jego hełmu. Przekonałem się także wtedy, że nigdy nikogo żadne przedstawienia i tłumaczenia ludzkie nie nawrócą, jeżeli Bóg nie użyczy swej łaski. Postanowiłem przeto do czasu zamilczeć i wyczekiwać odpowiedniej chwili, a swoją drogą okazywałem mu dowody najtkliwszej życzliwości i rzetelnej przyjaźni.

Tymczasem uważałem, że on względem religii coraz więcej mięknie. Z początku, na przykład, odmawiał jeszcze pacierz, chociaż tylko na łóżku. Później jakiś niecnota jego kolega to zauważył, wyśmiał go i wyszydził, a więc też i on już zupełnie pacierza odmawiać, a nawet i przeżegnać się zaniedbał. Innym razem, w niedzielę wyszedł do kościoła, aby Mszy św. wysłuchać i cokolwiek się pomodlić. Znowu to spostrzegło paru jego kolegów, nicponiów, wyśmiało go jako nabożnisia, bigota i wytykało palcem. A więc znowu i od tego czasu nigdy już nie chciał do kościoła ani zajrzeć, lecz za to począł coraz więcej uczęszczać do knajpy, gdzie go towarzysze często spoili, aż w końcu, wzięty na odwach, tam dopiero należycie wytrzeźwiał. Jednym słowem, powoli coraz większym się ladaco stawał. A jednakże musiałem sobie nieraz pomimo wszystko powiedzieć, że on był jeszcze lepszym, jak drudzy, że jeszcze dobre ziarno w nim pozostało, że jeszcze jego serce nie jest zupełnie zepsute i skażone, że się Bóg nad nim zmiłuje, pokaże swą litość, że on się jeszcze do Boga nawróci. I otóż co się dzieje?

Pewnej niedzieli po południu, aby nie poszedł z kolegami do knajpy, zbliżam się do niego i powiadam, że dzisiaj pójdziemy oba na prześliczną zabawę, że ja mu już z pewnością dziś po południu doskonałą ucztę sprawię, że będzie z tego zapewne nadzwyczaj zadowolony i kontent. Lecz on się obruszył, odwrócił i odrzekł, że mi nie wierzy i wcale nigdzie ze mną nie pójdzie. No, pomyślałem sobie, trudna rada, na upór lekarstwa nie ma, ubrałem się więc sam i wyszedłem z koszar. Była to właśnie uroczystość w kościele N. P. Maryi Zwycięskiej, a mianowicie odpust główny, zaprowadzonego przy tym kościele arcybractwa o nawrócenie upartych i zatwardziałych grzeszników. Miały być tam solenne po południu nieszpory z kazaniem, a więc chciałem i jego tamże wziąć z sobą, ale się nie udało. On jednakże wyszedł jeszcze przede mną i na ulicy znikł gdzieś w tłumie. Ja szedłem do kościoła przez galerię pałacu królewskiego (Palais Royal), gdy wtem spotkałem tam znowu mojego przyjaciela, jak stał przed witryną i wspaniałą wystawę oglądał. A więc podszedłem do niego i pytam: "No cóż kolego, co ty tu robisz?" - "A nic, tak sobie, nudzę się i oglądam te rzeczy, godne zaiste widzenia. Mam iść z jednym kolegą do teatru, a więc czekam na niego, ale jakoś go nie widać". "E! chodź ze mną, mój drogi, na prześliczne przedstawienie, nie będziesz żałował, zobaczysz". "A dokąd że ty idziesz?" - "Do Notre Dame des Victoires". - "A co to jest? Może to kościół?" - "No, co się tam o to pytasz, chodź, to sam zobaczysz. No tak, jest to kościół, a czyż ty w swej wsi do kościoła nie chodziłeś? Dlaczego tu w Paryżu nie chcesz iść do kościoła zobaczyć, przecież on musi być nierównie piękniejszy, aniżeli twój wiejski kościółek". "Nie", odparł on, "nie, ja już dawno nie byłem w kościele, zapomniałem się modlić, daj mi pokój, nie pójdę tam wcale, kwita". Ale ja go znałem, on byłby i poszedł, ale się bał, żeby go kto z kolegów nie widział, że do kościoła idzie. Opuściłem go więc i udałem się w swoją stronę, ale szedłem powoli i oglądałem się za siebie, bo widziałem, że i on za mną opodal idzie. Zatrzymałem się więc i ja przed jedną witryną, aby na niego zaczekać i gdy się zbliżył, rzekłem do niego: "No, chodźże ze mną, mój kochany, chodź, ja czekam na ciebie, nie bądźże dzieciakiem. Ja wiem, że masz ochotę, tylko się żenujesz, czy lękasz".

A gdy nic nie odpowiedział, mówiłem doń dalej: "No śmiało, odważnie, naprzód marsz! Przecież słyszysz, że te same słowa «Matka Boża Zwycięska» wskazują, że to kościół żołnierski i o rzeczach wojennych, bitwach, zwycięstwach, triumfach tu mowa". Jakoś zmiękł na to, wziąłem go więc po przyjacielsku, pod rękę i podprowadziłem pod sam kościół. "Widzisz, co się tu dzieje? co tu rozmaitego narodu, żołnierzy i starszych i młodszych. A więc chodźmy". I wszedł w rzeczy samej do tej wspaniałej świątyni. Olśniony i zachwycony, osłupiał prawie na wstępie. Wszedłszy do kościoła, zdumiał się najprzód nadzwyczajnie, gdy zobaczył, że cały kościół samymi tylko prawie mężczyznami był zapełniony: młodzi z potężnymi wąsami, starzy ze srebrzystymi włosami; świeccy, cywilni, urzędnicy, wojskowi - wszystko to modliło się z największą pobożnością i skupieniem ducha. "Jak to", rzecze on do mnie po cichu, "co, tu w Paryżu, chodzi do kościoła tylu mężczyzn?" - "A cóż ty myślisz", odrzekłem mu, "a czyż to Paryżan tenże sam Bóg nie stworzył, czyż za nich na krzyżu nie umarł, czyż to Paryżanie nie są katolikami, nie potrzebują się modlić? Trzeba ci wiedzieć, że w Paryżu, tak jak i u nas wielu jest bezbożników, ale też i wielu jest bardzo nawet pobożnych i że w Paryżu, tak jak i u nas po dużych miastach katolicy są bardzo nabożni, cisną się do kościołów i modlą się daleko serdeczniej i gorliwiej, aniżeli tam gdzieś w zapadłej miejscowości, w miasteczku lub na wsi. Ale dajmy temu pokój - módlmy się". Po nieszporach miało być kazanie. "A cóż to za jeden ten staruszek, co wchodzi na ambonę i tak nadzwyczaj poważnie wygląda?" pyta mnie się znowu na ucho mój towarzysz.

"A to widzisz nasz dawny wojak, uwolniony ze służby major. Dawniej służył ojczyźnie, odznaczył się w wielu bitwach, ma wiele orderów, potem został księdzem i jest tu przy tym kościele rektorem, a zarazem i promotorem tego bractwa, którego dzisiaj jest odpust, będzie miał kazanie; cicho, słuchajmy".

Sędziwy kapłan wszedł na kazalnicę i mówił o Kościele wojującym na tym świecie, o potrzebie walczenia z przeciwnościami i nieprzyjaciółmi duszy, o konieczności wyznawania swej wiary, religii, jawnie, otwarcie, śmiało, a mówił tak pięknie, po prostu, przystępnie dla wszystkich, zrozumiale, bez żadnej okazałości, popisu, tak jak wojak, jakby mieczem na wszystkie strony rąbał, jak Pismo święte, że rzeczywiście ogromne na wszystkich wrażenie i wz ruszenie sprawił. Mój ziomek słuchał tego kazania z największą ciekawością i uwagą, każde słowo, zdawało się, coraz go więcej zastanawiać i przekonywać i na zakończenie głęboko się zadumał i westchnął.

Zaśpiewano potem uroczystym tonem litanię do Matki Boskiej, mój towarzysz już ukląkł i śpiewał. Kiedy przyszło do tych wyrazów: "Ucieczko grzeszników, módl się za nami", już nie mógł wytrzymać i rzewnie zapłakał. Prześpiewano następnie "Pod Twoją obronę uciekamy się", a w końcu Suplikacje "Święty Boże itd.". Otóż kiedy zaśpiewano te czułe i tkliwe słowa: "Matko uproś, Matko ubłagaj, o Matko, przyczyń się za nami", mój towarzysz już płakał i szlochał, jak dziecko, ani się powstrzymać, ani uspokoić nie mógł.

Po skończeniu całego nabożeństwa wszyscy ludzie powychodzili z kościoła, a mój towarzysz wciąż się jeszcze serdecznie modli i płacze. W końcu widząc, żeśmy tylko dwaj zostali i mają już zamykać kościół, poruszam go i mówię: "No, Ferdynandzie, musimy już iść do domu; już tu jesteśmy przeszło dwie godziny, a zresztą już zamykają kościół". - "Co, musimy już iść? ach! ja bym się jeszcze pomodlił; już tu dwie godziny jesteśmy? A, co robić". Wstaję i wychodzimy z kościoła. Ja sobie w duszy swojej myślę: Nie chciał iść do kościoła, a teraz znowu nie chce wyjść z kościoła, jeszcze by się dłużej modlił.

Ale cóż, zawsze to tak bywa, że nawrócone syny marnotrawne, są najmilszymi dziećmi Boga, najpobożniejszymi i najgorliwszymi. Tak też i on teraz po nawróceniu taki gorliwy, lepszy daleko, aniżeli ja, byleby mu tylko Pan Bóg dał łaskę, żeby w tym wytrwał, żeby go znowu od tego koledzy nie odprowadzili. Wyszliśmy na ulicę. On, rozrzewniony i uszczęśliwiony rzuca mi się na szyję i serdecznie ściska mnie i całuje, i dziękuje mi, że go do kościoła zaprowadziłem, bo on się zupełnie nawrócił do Pana Boga i odmienił, i nazywa mnie swoim prawdziwym przyjacielem, dobrodziejem i zbawcą i przyrzeka, że już nigdy żadnych namów, ani szykan kolegów słuchać nie będzie. "No co?" zapytałem go wtedy, "czy cię oszukałem, gdy ci powiedziałem, że pójdziemy na przedstawienie i że ty zupełnie będziesz kontent i zadowolony". - "O tak, mój drogi, teraz jestem kompletnie zadowolony i szczęśliwy, że się tak stało. Ta scena pozostanie mi w pamięci na całe moje życie; ach, nigdy o tym nie zapomnę. Powiadają bezbożnicy, że modlitwa, nabożeństwa, praktyki religijne są tylko dla prostych kobiet, dewotek, bigotek, a ja tu widzę tylu wielkich i znakomitych ludzi - generałów, urzędników, a to się wszystko tak nabożnie i z pokorą modli. A do tego to kazanie wspaniałe, wzniosłe; ten staruszek proboszcz, ta powaga, ta prostota, to namaszczenie, o! takich rzeczy nigdy się nie zapomina. O! ten głos, te słowa, jeszcze dotąd brzmią mi w uszach i sercu, tak jestem wzruszony i rozrzewniony". - "O! to mnie wcale nie dziwi, przecież ci powiedziałem, że to stary oficer, a my żołnierze, to jak oficer mówi, to żołnierze ręce do nóg i cisza... i kwita!".

Na drugi dzień zaprowadziłem go do kościoła, gdzie spowiadają żołnierzy. Tam znalazł, czego pragnął i żądał, cierpliwego, cichego, zacnego kapłana, który go wyspowiadał i z Bogiem pojednał. Od tej chwili nigdy się już aż do swego wyjścia z wojska w wyznawaniu swej wiary, religii, otwartym, śmiałym, jasnym, nie zachwiał. Odwiedziłem go jeszcze później w jego wiosce rodzinnej. Pozostał na zawsze w tej pobożności, gorliwości i spełnianiu wszystkich obowiązków i powinności dobrego chrześcijanina katolika. Przy zobaczeniu się mówił mi żartobliwie, że jeszcze do tego czasu słyszy jakoby w swej duszy głos tego oficera-kapłana, spuszcza ręce do nóg i odpowiada: słucham. (Eichsfelder Volksblatter Nr. 33. r. 1883).

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy:
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 47-51.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz