Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 23 maja 2016

POBOŻNY AKADEMIK

Łza za zmarłymi wyparowuje, kwiat na grobie więdnie, modlitwa natomiast dociera do serca Najwyższego.
(św. Augustyn)

Czyściec na miniaturze ze Złotej legendy
w zbiorach 
Biblioteki Uniwersytetu w Heidelbergu
Siódmego października 1604 r., hr. Albert Maglioni, słuchacz uniwersytetu w Padwie, siedział w swoim pokoju nad książkami, gdy szósta godzina na wieży Kapucynów wybiła. Zmrok zapadł, zaświecił więc sobie lampę i pilnie się uczył, bo roczne egzaminy się zbliżały, a przyrzekł matce, że zda je bardzo dobrze.

Wtem nagle przypomina sobie, że dziś ma się odbyć uczta u przyjaciela jego Barberinego, na którą przyrzekł przyjść. Staje mu przed oczyma obraz tej zabawy pełnej ludzi rozmaitego prowadzenia się i na myśl mu przychodzi matka - co by ona powiedziała, gdyby go w takim towarzystwie ujrzała...

Nie pójdę tam, rzekł sobie z mocą i upadając na kolana przed obrazem Maryi Najświętszej dodał:

"O Matko Boska, daj mi siłę do zwyciężenia pokusy, broń mię od grzechu! Prowadź mię po drodze przykazań Bożych! Oto Antoni mój towarzysz i przyjaciel umarł i ja umrzeć mogę... gdzie teraz dusza jego..."

Zamyślił się młody hrabia... i przypomniał sobie, że trzy złote winien był zmarłemu. Wiele to dla studenta i to ubogiego, nie upominał mu się o nie nigdy; był to młodzian cnotliwy, dobrego serca, zawsze gotowy do usługi bliźniemu. Postanowił dać je na Mszę św. za jego duszę i rozdać ubogim. Uszczęśliwiony tą myślą, wziął się dalej do pracy.

Wierny swemu postanowieniu Albert w czas rano po szedł do kościoła OO. Kapucynów. Na ulicy kilku ubogich prosiło go o jałmużnę, dał ją im mówiąc: "módlcie się za duszę Antoniego". Zamówił trzy Msze św. za duszę przyjaciela zmarłego i udał się na uniwersytet.

Wstępując w jego progi uczuł Albert czyjąś rękę na ramieniu, odwrócił się i spostrzegł Józefa Borda, kolegę swego.

Tak to słowa dotrzymujesz, rzecze tenże, czekaliśmy na ciebie. Jakież nieszczęście cię zatrzymało?

Żadne, brzmiała odpowiedź Alberta.

Źle uczyniłeś, że nie przyszedłeś a to dla kilku przyczyn. Najprzód myśleliśmy, żeś umarł i mowę pogrzebową po tobie wygłosiliśmy.

Chciałbym ją słyszeć.

Ach! byłbyś się ubawił doskonale, słysząc pochwały twoich kolegów i towarzyszy. A potem byłbyś świadkiem jednej bardzo dramatycznej sceny.

Cóż się stało?

Towarzysze nasi Ferdynand Mendes i Wawrzyniec Borghese, pokłócili się o kobietę tak, że przyszło do pojedynku pomiędzy nimi. Ferdynand jest niebezpiecznie raniony, nie ma nadziei zachowania mu życia.

Wiadomość ta bardzo podziałała na młodego hrabiego, szczególnie zaś trwoga o zbawienie Ferdynanda. Kiedy mu zaś doniesiono, że umarł z rany, pojednawszy się z Bogiem, rozchorował się ze zmartwienia.

Skoro tylko mógł wyjść z domu, udał się do kościoła OO. Kapucynów i tam gorąco się modlił za duszę Antoniego i Ferdynanda. Dług jego był spłacony i czuł się szczęśliwym, że powinności swej dopełnił. Długo się modlił, gdy wtem uczuł rękę na swym ramieniu, a odwracając się krzyknął ze zdumienia, ujrzał bowiem Antoniego przed sobą.

Antoni z jaśniejącym obliczem, z uśmiechem niebiańskiej rozkoszy, rzekł do niego:

Albercie, mój drogi przyjacielu, przychodzę ci podziękować za twoją dobroć. Byłem skarany na pokutę do czyśćca, a tyś mi na ratunek przybył. Modliłeś się za mnie, i starałeś, aby i drudzy za mnie się modlili. Msze św. zamówiłeś, jałmużnę za duszę moją dałeś... Bóg ci to wszystko wy nagrodzi.

Powinienem był tak uczynić, Antoni, bo te pieniądze do ciebie należały.

Mogłeś je na co innego użyć a za mnie ofiarowałeś. Podobało się Bogu miłosierdzie twoje; posłał anioła, aby skruszył więzy moje i oto wyswobodzony jestem. Wstępuję do nieba, gdzie za ciebie modlić się będę.

Jasny obłok okrył Antoniego, który dalej mówił:

Albercie, módl się zawsze za umarłych, jest to dobry uczynek, który się najwięcej Panu Bogu podoba. Słuchaj tej skargi świętych dusz cierpiących: "O wy przyjaciele nasi, którzy na ziemi żyjecie, wspierajcie nas, bo my już nic dla siebie uczynić nie możemy; ponosimy ciężkie męki dopóki ostatniego szelążka długu nie wypłacimy. Drogi Albercie, tyś dług mój wypłacił, za to cię wielka nagroda czeka w niebie. Żegnam cię!"

Widzenie znikło.

Hrabia Albert Maglioni zachował w sercu słowa swego przyjaciela. Kończył dalej nauki, zdał świetnie egzaminy, a po niejakim czasie pożegnał rodzinę, opuścił świat i w pewnym klasztorze w Umbrii został zakonnikiem. Tam w głębokiej pokorze przez kilkadziesiąt lat obowiązki braciszka furtiana spełniał i w świątobliwości żywota dokonał.

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 102-104.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz