Łączna liczba wyświetleń

piątek, 20 maja 2016

PRZEZ MEDALIK DO ZDROWIA

Matka Boska była tak piękna, że kiedy się Ją raz zobaczyło, nie można się było powstrzymać od pragnienia, aby umrzeć, żeby iść Ją znowu zobaczyć.
Św. Bernadeta

Symbole umieszczane na 
rewersie Cudownego Medalika
Było to w roku 1902.

W jednym z najwspanialszych domów miasta N... mały Marcellin X. zbudziwszy się dnia jednego z rana, wyskoczył lekko z bogato usłanego łóżeczka, a zarzucając rączki na szyję śpiącego opodal braciszka, wyszeptał: "Aleksandrze - czy wiesz o tym, że dziś skończyliśmy sześć lat?" Obaj chłopcy byli bliźniakami i tak uderzające podobieństwo zachodziło między nimi iż trudno ich było rozpoznać. W chwili, kiedy prowadzili między sobą cichą rozmowę - weszła do pokoju bona, by ubrać ich - a następnie zaprowadziła chłopców do pokoju jadalnego, gdzie zastali ojca, kończącego śniadanie.

Pan X. był to człowiek o fizjognomii inteligentnej - spojrzeniu dumnym i surowym - liczący 35 lat wieku. - Brakowało tylko pani domu przy tym rodzinnym ognisku. - Choroba, która od dawna tajemnie ją trawiła, rozwinęła się nader szybko, a przeto pani X. zmuszoną była udać się do stołecznego miasta; tam miała nawet przebyć bardzo niebezpieczną operację. - Zajęcia urzędowe pana X. zniewoliły go do pozostania w N., gdzie jako adwokat, zażywał wielkiej wziętości. - W chwili, gdy dwaj bracia bliźniacy wbiegli do sali jadalnej, rzucając się w objęcia ojca, zapomniał na chwilę o swych przyjaciołach, wyborach, polityce, i słuchał szczebiotania malców. Lecz nagle, jedno słowo Aleksandra wywołało na czoło jego chmurę smutku: "A mama, czy już zdrowa? Kiedyż pojedziemy po nią?" - Wówczas pan X. mając w ręku list otrzymany wczoraj, odpowiedział z pewnym zakłopotaniem: "Mamie lepiej, drogie dzieci - o wiele lepiej... ale... wrócić jeszcze nie może".

Następnie raz jeszcze rzucił okiem na list żony - gdzie bardziej odbijało się w treści jej cierpienie moralne - niż fizyczne.

Lekarze! wysilajcie się w wyszukiwaniu nazw dla rozlicznych, mnożących się chorób za dni naszych - a oto jedna słaba kobieta oznaczy prostym wyrażeniem przyczynę tych chorób, której nieraz dociec wam trudno, a tą jest: Zgryzota i zmartwienie! - Tak, to zgryzota przyprawiła chrześcijankę, o chorobę, której sztuka lekarska odgadnąć nie umiała. Po przyjściu na świat dwóch bliźniaków przemocą prawie wywalczyć musiała biedna matka to, iż zostali ochrzczeni - a potem... ile bolesnych chwil przeżyła. I dlatego to, adwokat, mówiąc o chorobie żony - czynił to z drżeniem mimowolnym, albowiem czuł, iż jej przyczynę, sobie samemu przede wszystkim winien przypisać. Po śniadaniu, adwokat udał się do biura - zleciwszy chłopców opiece bony i służącego.

Wreszcie, nadszedł wieczór i noc zapadła. Gdzież są chłopcy i co robią? - W ciągu dnia, stary służący nie zauważył, iż pobiegli do sąsiedniego domu, gdzie zabawiali się z małym chłopczykiem, który niedawno przebył szkarlatynę. - Przerażony Jakub zabrał czem prędzej chłopców do salonu - lecz zauważono, iż Aleksander był dziwnie smutny.

Minęło trzy dni - zapadł w ciężką chorobę. Lekarz skonstatował szkarlatynę, - i polecił oddzielić Marcelina! - Lecz czyż podobna rozdzielić dwa listki, co z jednej wykwitły łodygi? - Zaledwo pół godziny zdołano powstrzymać Marcelina, by nie wchodził do pokoju brata. Chłopiec, korzystając z chwilowej nieobecności bony wpada, całuje go, chwyta w objęcia i zarażony zostaje tąż samą słabością.

Złudzenia rozwiały się - doktor wyrzekł stanowczo: "Drogi przyjacielu. Winienem ci wyjawić prawdę. Bądź mężnym! - Twoje dzieci są bardzo chore. Trzeba być gotowym na wszystko!"

Ojciec chwiejnym krokiem wszedł do pokoju chorych i zbliżył się do łóżeczka Aleksandra. Dziecię oddychało z trudnością - twarzyczka pokryta była karmazynowym rumieńcem. Następnie wzrok jego padł na Marcellina, który nadzwyczajnie był zmienionym.

Zbolały rozkazał oddalić się służbie, mówiąc, iż sam tej nocy czuwać będzie przy dzieciach. Tak! on chciał przy łożu śmiertelnym tych ukochanych istot, zastąpić nieobecną matkę. 

A wobec ciosu, jaki zawisł nad jego głową wchodzi w siebie i rozważa czym jest?... Oto, człowiekiem bez Boga... wrogiem Chrystusa... tak, on się czuje takim w sercu! Instynktownie, pada na kolana przy łożu dziatek! Godziny w cierpieniu płyną bardzo powolnie... Ojciec troskliwie czuwa przy chorych - śledząc niespokojnie ich ruch każdy. Wtem Marcelin się odzywa... coś mówi...

"Czego chcesz, drogie dziecię?" - zapytuje ojciec.
"Nic, nic... ja tylko mówię do Aleksandra - by pocałował medalik, który otrzymaliśmy w dzień przyjęcia Chrztu świętego. - Mamusia nam zawsze mówiła: że gdy się jest bardzo chorym, trzeba go przycisnąć do serca i wezwać pomocy Przenajświętszej Dziewicy, która jest bardzo dobrą". 

Pobożna nauko matki! Oto, co młoda kobieta szeptała codziennie ukochanym synkom układając ich do snu wieczorem, a mówiła cicho, bardzo cicho, aby ojciec nie usłyszał.

Ach! on teraz mimo swej bezbożności odpowiada chorym: "Drogie dzieci! uczyńcie tak, jak was mama uczyła".

Za chwilę, Marcelin wydaje okrzyk podziwienia. Ojciec spogląda - a dziecię na wpół podniesione na łóżeczku, z rozszerzoną źrenicą - zatopiło wzrok w jakimś niewidzialnym przedmiocie. - Czyż to już konanie się rozpoczyna?...

"Aleksandrze, czy ty nic nie widzisz?" - woła Marcelin. Drugi krzyk, podobny pierwszemu wydarł się z piersi i obaj chłopcy z natężeniem patrzą...
"O! jakże Ona jest piękną! - woła Marcelin. - Oto wyciąga swą prawą rękę nade mną - a lewą nad twoim łóżeczkiem!"
"Widzę Ją! - odrzekł Aleksander - patrz! jak się uśmiecha do nas!"

I cóż działo się podczas tej rozmowy, w duszy niedowiarka?... Czyż jeszcze się podniesie i z ręką na sercu powie, że wiara, to złudzenie? Że jego małżonka jest szaloną i winną, iż chce ją utrzymać w domowym ognisku?...

Oparł czoło na wezgłowiu łóżeczka i... płakał. - Nowożytny Szaweł, znalazł się na drodze do Damaszku! Tak... Dziewica przenajświętsza przeszła pomiędzy łóżeczkami tych chorych - niewidzialna dla jego oczu skalanych - lecz jaśniejąca wdziękiem piękności przed czystym i niewinnym wzrokiem jego dziatek. I padł na kolana - wylewając zbawienne łzy żalu i wiary! 

Gdy przyszedł do siebie, już dzień grudniowy posępny i niepewny - przezierał przez szyby okien. Dzieci spały snem słodkim i spokojnym! Szczęśliwy ojciec spogląda na nie i widzi, iż niebezpieczeństwo minęło. Po chwili słyszy w przedpokoju głos doktora... przez otwarte drzwi dolatuje go dźwięk następujących wyrazów: 

"Jeden z nich, zapewne musiał umrzeć tej nocy! Byłbym niezmiernie zdziwionym, zastając go przy życiu".
"Nie śmiałem tam wejść" - odpowiedział Jakub, - więcej niż od godziny w pokoju chorych panuje zupełna cisza".

Lekarz wchodzi... ojciec oczekuje go nieruchomy... lecz uśmiechnięty. Chłopcy mają puls regularny, cerę zdrową.

"Ależ naprawdę! - wykrzyknął doktor zdumiony! - Ten, którego miałem już za konającego wczoraj, jest zupełnym rekonwalescentem! A brat jego?... Również!... To doprawdy niezrozumiałe! Cóż uczyniłeś z nimi, przyjacielu?"

Nawrócony, czy nie śmie jeszcze wyjawić swej wiary - czy wskutek zbytniego wzruszenia, odpowiada tylko:
"Ja nic nie uczyniłem. - Lecz powiem ci zresztą później, co się stało".

Po odejściu lekarza - on, który wczoraj nie wierzył, bierze pióro i pisze list następujący:

Droga Łucjo!
"Moja bezbożna pycha, odrzuciła prawa Boże i Jego religię. - Bóg, złamał tę pychę - bo złamał mię cierpieniem, i pod dłonią Wszechpotężnego ujęty - powracam do Niego.
Zapewne mię nie rozumiesz droga Łucjo! - Oto od wielu dni taiłem przed Tobą ciężką chorobę naszych dzieci: doktor skazał je już na śmierć! I czułem, iż mi Bóg obu zabierze - a na tę myśl jeszcze drży z bólu moje serce. - Klęczałem u łoża chorych w chwili, gdy przypominały sobie twoje pobożne polecenie o medaliku. Ukochane dzieci, modliły się do Przenajświętszej Dziewicy, całując Jej medalik. - W chwilę potem wydały okrzyk zachwytu... Maryja ukazała się dzieciom, pobłogosławiła je i uzdrowiła... Resztę nocy spędziłem na kolanach, błagając Boga o przebaczenie win moich; Ciebie, choć z daleka, błagam, przebacz, iż tyle cierpiałaś przeze mnie. Dziś to rozumiem... O! wracaj zdrowa i szczęśliwa! Oczekuję Ciebie, - bo trzeba byś miała tę pociechę - byśmy razem przyjęli Komunię św. u stóp ołtarza Przenajświętszej Dziewicy! Twój Karol".

Są radości, które się słowami wyrazić nie dadzą. Taką była radość Łucji, gdy list ten otrzymała. O! Jakże słodkie łzy popłynęły z jej oczu!... 

Wkrótce potem, nawrócony otrzymał depeszę z uwiadomieniem o powrocie żony. - Serdeczne było powitanie małżonków - i matki z cudownie jej powróconymi dziećmi.

Gdy przechodzili koło kościoła, Karol zatrzymał się i rzekł: "Łucjo! wstąpmy do świątyni!" I weszli, uklęknąwszy pobożnie w cieniu cichej kaplicy Maryi - a podczas gdy chłopcy przyglądali się ciekawie ołtarzowi Najświętszej Dziewicy - przebaczenie Niebios, spływało na duszę skruszonego ich ojca.

W drodze, Aleksander zapytał: "Ojcze, czyś i ty także widział Najświętszą Dziewicę?" - A ojciec wzruszony, odpowiedział: "Nie, dziecię! - nie jestem tego godnym, lecz mimo to, otrzymałem od Niej, wielką łaskę". - I bliźniaki skłaniając się ku sobie jak dwie gałązki, szeptali: "Patrz! tatko modli się teraz tak, jak nasza dobra mamusia!"

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 78-82.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz