Łączna liczba wyświetleń

środa, 8 czerwca 2016

CUDOWNE UZDROWIENIE PANI CONCETTY VASTARELLI I URATOWANIE JEJ NIENARODZONEGO DZIECKA

Ziemskie matki nigdy nie porzucają swoich dzieci. Tak samo Maryja, która kocha swoje żyjące dzieci z jakąż miłością i jakąż dobrocią, czyż nie pobiegnie chronić ich w ostatnich chwilach, kiedy najbardziej Jej potrzebują? 
Św. Jan Bosko

Nuestra Señora de la Inmaculada Concepción, Urwa-Mangalore

Nadszedł kolejny rok. Po zimnym i deszczowym marcu nastąpiła słoneczna i pogodna wiosna, ziemia zazieleniła się i przystroiła w kwiaty. 3 kwietnia 1876 roku ja i moja żona przyjęliśmy Komunię świętą w małym kościółku różańcowym w Neapolu. Następnie udaliśmy się do najpobożniejszych rodzin w mieście. Ja pojechałem do Toledo, a żona z panną Ernestiną chciała pojechać dorożką do miejscowości Chiaja. Jakieś przeczucie skłoniło żonę, by udać się ku Capodimonte. Dotarłszy na wzgórze zatrzymały się przed pewnym pałacem. Wiedziały, że mieszka tam bardzo pobożna i hojna osoba, pani Vastarella. Chciały ją zachęcić do włączenia się w sprawę kościoła. Do domu prowadziło kilka schodów.

- Czy mieszka tu może pani Vastarella? - spytały dozorcę. Ten wskazał im schody prowadzące w lewą stronę. Weszły lecz nie mogły na drzwiach znaleźć tabliczki z jej nazwiskiem. Zauważyły, że były otwarte drzwi mieszkania państwa Micciów, a przez nie przechodziły zapłakane osoby.

- Przepraszam, czy mieszka tu może pani Vastarella? - spytały jednej z wychodzących pań.
- Pani Vastarella mieszka po drugiej stronie domu.
- Jednak dozorca wskazał nam to wejście.
- Rzeczywiście pani Vastarella jest teraz tutaj, u swojej umierającej córki.

Usłyszawszy tę wiadomość chciały zawrócić, chwila była co najmniej niestosowna. Ale wtedy z mieszkania wyszła młoda dziewczyna zalana łzami. Była to Annina, druga córka pani Vastarelli. Ta usłyszawszy nazwisko mojej żony, o której wiedziała, że jest gorliwą czcicielką Serca Jezusa, sądziła, że przybyła ona by zachęcić do wstąpienia do Bractwa Serca Jezusowego. Poprosiła ją do środka. Zdawało się jej, że jest to jakby posłanniczka Maryi, która może słowem pociechy zdoła ulżyć cierpieniom matki. Weszły do mieszkania, w którym rozgrywała się przerażająca scena. Młoda, dwudziestodwuletnia kobieta leżała w straszliwych bólach. Była nieprzytomna, twarz zsiniała, a rzężenie z piersi nie pozostawiało nadziei życia ani dla niej, ani dla dziecka, które miało przyjść na świat. 

Była to córka Giovanniego Vastarellego, a żona Vincenza Micciego. Lekarze, w tym znakomity doktor Novi i profesor Catani, zostawili chorą przekonani, że śmierci nie da się zapobiec. Rodzice, mąż i krewni gorąco modlili się do Boga i Matki Najświętszej o ratunek dla Concetty. 

Zbliżało się południe, a stan chorej był ciężki. Doktor Novi stwierdził, że kolejny atak doprowadzi do niechybnej śmierci. Z pokoju wyprowadzono zrozpaczonego ojca i poproszono spowiednika o udzielenie nieprzytomnej ostatniego namaszczenia. Właśnie wtedy do pokoju weszła moja żona. Zanim ujrzała chorą, poprosiła, aby ją przedstawiono nieszczęśliwej matce.

Pani Vastarella siedziała na kanapie pogrążona w smutku. Skoro ujrzała moją żonę, powiedziała:

- Złożyłam obietnicę Sercu Jezusa i Najświętszej Pannie z Lourdes, ale nie doznaliśmy żadnej pociechy.

Moja żona zaczęła opowiadać, że przybyła w sprawie kościoła różańcowego w Dolinie Pompejańskiej i krótko opisała dotychczasowe postępy. Równocześnie przyszedł mojej żonie na myśl ten dziwny zbieg okoliczności, że choć chciała udać się do Chiai, to jednak trafiła do zupełnie obcego domu, i to w chwili najcięższego smutku, jaki zapanował nad całą tą nieszczęśliwą rodziną. Powiedziała wtedy z wiarą:

- Jestem przekonana, że Matka Boża Pompejańska, z powodu której tu przybyłam, wysłucha panią i udzieli łaski zdrowia córce, jak to już uczyniła w dwóch innych rodzinach.

Na to odezwała się jedna z obecnych osób, prawdopodobnie lekarz:

-To odważne słowa. Chora wydaje ostatnie tchnienia, a jej stan nie rokuje żadnej nadziei.
- Właśnie dlatego, że stan chorej jest tak poważny, może objawić się cała potęga Maryi - odpowiedziała moja żona. Poprosiła, aby rodzina obiecała choćby najdrobniejszą ofiarę na budowę kościoła w Dolinie Pompejańskiej i zaleciła odmawiać różaniec. Dodała: - Niech państwo nie tracą nadziei, miejcie ufność i wiarę!
-Ach - westchnęła matka - już zupełnie zwątpiłam... Przez całą noc błagałam Serce Jezusa, czyniłam śluby i wszystko nadaremno! Dałam obietnice Matce Bożej Bolesnej, która jest szczególną patronką naszej rodziny, wysłaliśmy świece do Lourdes... Wszystko na nic! Teraz nie wiem, co dalej robić.
- Proszę mi obiecać - powiedziała moja żona - że jeśli córka wyzdrowieje, to ogłosi to pani publicznie.
- Nie tylko to będziemy ogłaszać, ale przybędziemy do Doliny Pompejańskiej. Będziemy opowiadać o cudzie wszystkim, którzy będą obecni przy wmurowywaniu kamienia węgielnego pod nowy kościół.

Następnie udały się do chorej. Miała ona zupełnie czarne usta, zęby mocno ściśnięte, oczy szeroko otwarte. Całe ciało przeszywały skurcze, była nieprzytomna. Moja żona i panna Freda wróciły do domu w milczeniu i głęboko poruszone tą rodzinną tragedią. Opowiedziała nam o tym i zastanawialiśmy się, czy to nazbyt śmiałe zaufanie mojej żony mogło przynieść upragnione owoce. Jednocześnie pragnęliśmy dowiedzieć się o dalszym przebiegu wypadków. Byliśmy pewni, że jeszcze tego dnia chorą czeka albo śmierć, albo cudowne ocalenie za przyczyną Maryi. Gdyby miał się dokonać cud, byłoby to na chwałę naszej sprawy w Pompejach!

Dzwony w pobliskim klasztorze św. Moniki rozdzwoniły się na Anioł Pański. Mieszkaliśmy wtedy przy Via Salvator Rosa, w pobliżu placu św. Efraima. Z tym domem wiązały nas bogate wspomnienia. To tam rozpoczęło się dzieło budowy kościoła w Pompejach, tam też otrzymaliśmy od pobożnej księżnej Albertiny Sosi-Caraffa wiadomość o pierwszym cudzie, który Królowa Różańca uczyniła w Neapolu z miłości ku swemu przyszłemu kościołowi. Nagle moja żona powiedziała:

- Pani Miccio albo już nie żyje, albo dokonał się cud i wyzdrowiała. Nie trwajmy w niepewności.

Przywołała swojego sługę, Domenica Ostoniego mówiąc:

- Idź do pałacu Mantone. Zobacz najpierw, czy brama wjazdowa jest do połowy zamkniętą. Będzie to znak, że pani Concetta umarła, a wtedy nie idź dalej. Jeżeli zaś zastaniesz bramę otwartą, to wejdź i zapytaj dozorcę o jej zdrowie.

Poczciwy sługa spełnił to polecenie. My czekaliśmy w ciekawości. Nic nie zdoła opisać naszej radości, kiedy Domenico przyniósł wiadomość, że brama stała otworem, a pani Concetta czuje się dobrze! Nie posiadając się ze szczęścia opowiedzieliśmy natychmiast wszystkim naszym przyjaciołom i krewnym o cudownym wydarzeniu. Najświętsza Panna wspierała nasze starania, nawet tak zuchwałe. 

Oto co zdarzyło się w mieszkaniu chorej. - Kiedy moja żona opuściła pałac, dwie dziewczynki, Elisa Scotti i Giulia Torino zaczęły odmawiać różaniec. Skurcze natychmiast ustąpiły. Wbrew wszelkim rokowaniom nastąpiła poprawa i chora zaczęła odzyskiwać zdrowie. Piętnastego dnia tego miesiąca, w Wielką Sobotę, pani Concetta Miccio była już zupełnie zdrowa. Odwiedziła swoich krewnych jak nakazywał wielkanocny zwyczaj. Jej matka była niezwykle wzruszona. Wszyscy zgodnie twierdzili, że to cudowne uzdrowienie nastąpiło za przyczyną Królowej Różańca i poprzez obietnicę uczynioną na rzecz przyszłego kościoła. Na tę rodzinę spłynęła podwójna łaska, bo Królowa Nieba uratowała także życie dziecka. Przez oba cuda dała mieszkańcom Neapolu znak, jak jest jej miły pomysł budowy kościoła.

Wkrótce przybył do nas pan Giovanni Vastarella z podziękowaniami. Moja żona wkrótce potem ponownie złożyła wizytę u uszczęśliwionej rodziny, która odtąd włączyła się w sprawę kościoła. Pan Vastarella postarał się o to, by cud ogłoszono z ambony kościoła w Montesanto jeszcze przed zakończeniem kazań wielkopostnych, i przyrzekł, że będzie wspierał budowę kościoła póki starczy mu sił. On i cała jego rodzina wraz z uzdrowioną córką wstąpili do trzeciego zakonu w tym samym kościółku, gdzie i ja przyjąłem szkaplerz św. Dominika. Przez to staliśmy się braćmi jakby podwójnie.

Tak więc tym wielkim cudem Królowa Nieba osłodziła nam pierwsze trudy, jakich doświadczyliśmy na jej służbie. Dziś jeszcze, dziewiętnaście lat po tym wydarzeniu, widujemy rodziny Micciów i Vastarellich na dziękczynnych pielgrzymkach do Królowej tej błogosławionej Doliny.

Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, 
ROSEMARIA 32013, s. 101-106.



KRÓCEJ: Jałmużna

Zbudować świątynię, z której by ponad światem panowała Królowa Różańca, świątynię na tym miejscu, gdzie niegdyś władał duch ciemności, gdzie potem nastała głucha pustka i opuszczenie i zaległa noc ciemnoty, oto była myśl przewodnia życia szlachetnego czciciela Maryi adwokata Bartłomieja Longo.

Środków materialnych do dzieła tak wielkiego nie miał, ale tym większą ufność pokładał w Królowej Różańca św. a Ona nie zawodziła na każdym kroku, dając dowody, że jest Panią Wszechwładną i cudowną!


* * *


Młoda, dwudziestoletnia kobieta z okolic Pompei walczyła z śmiercią.

- Jeszcze jeden atak - mówił doktor - a skończy się wszystko.

Te słowa słyszała właśnie, wchodząc do domu boleści państwa Miccio, żona Bartłomieja Longo, która przejęta gorącą miłością ku Maryi, pomagała mężowi w dziele wielkim rozszerzania chwały Królowej Niebios.

Matka konającej kobiety mówiła z żalem: "Uczyniłam ślub Boskiemu Sercu Pana Jezusa i Najświętszej Pannie w Lourdes, ale nie doznaliśmy pociechy".

Wtedy apostołka Królowej Różańca rzekła słowo silnej wiary: "Jestem przekonana, że Matka Boska pompejańska, dla której o grosz na Jej kościół proszę, wysłucha i pocieszy".



Odezwał się na to obecny lekarz: "Słowa to zanadto śmiałe; chora leży w ostatnich tchnieniach, stan jej jest beznadziejny!".

Zwykły to głos tej ziemi, głos małoduszności i zwątpienia! Ale odpowiada mu głos wiary i nadziei: "Właśnie dlatego, że stan chorej jest tak rozpaczliwy, może się najwyraźniej okazać potęga Maryi".

Poczym prosiła pani Longo o drobną choćby ofiarę na budowę kościoła w dolinie pompejańskiej i dorzuciła to słodkie słowo: "Nie traćcie nadziei"....

I znowu popłynęła do stóp Maryi - modlitwa różańca i znowu spływała od Niej pociecha, czarna nieomal twarz chorej rozjaśniała, na zaciśniętych z bólu ustach usiadł uśmiech, uzdrowiała....

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 109-110.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz