Łączna liczba wyświetleń

sobota, 9 lipca 2016

DZIEWECZKA MARIA ZE ŚLEPOTY ZA PRZYCZYNĄ MATKI BOSKIEJ LURDZKIEJ UZDROWIONA

Błogosławiona Dziewica gromadzi rozproszonych, przyprowadza zbłąkanych, wyzwala od śmierci i ocala od zguby tych, których droga prowadzi ku zagładzie. I nie tylko czuwa nad zbawieniem dusz, ale z miłością niesie pomoc w potrzebach, przywraca zdrowie ciała i leczy rany serca. W miejscach poświęconych Jej czci i pamięci sprawia swoim pośrednictwem, że chromi chodzą, niewidomi odzyskują wzrok, głusi słyszą, pozbawionym mowy jest ona przywrócona i uleczone zostają różne niemoce i słabości.
bł. Amadeusz, bp Lozanny

Roku 1843, pewna zacna rodzina w Tartas trapiona była wielkim niepokojem. Matka tej rodziny i dziecię jeszcze nie ochrzczone, byli bliscy śmierci. Doktorzy nie zaręczali za życie. Była to rodzina pana Moro de Savene, jedna z tych, co powszechny szacunek wzbudzić umieją. Pan Moro cierpiał nad wyraz, nie była to jednak rozpacz, bo rozpacz nie jest chrześcijańską, a on miał żywą wiarę. Wiedział, że nić naszego losu jest w rękach Pana, do którego zawsze można się odwołać od wyroku nauki. Kiedy człowiek wyda wyrok, Król Niebieski, jako władca ziemski, zachowuje sobie prawo łaski. 

Najświętsza Panna, myślał sobie nieszczęśliwy mąż, wysłucha próśb moich. I do Matki Chrystusowej udał się z ufnością. Nieszczęście, które wydało się tak bliskim, oddalało się zwolna. Matka odzyskała zdrowie, a dziecię było pełne życia. W tym wszystkim nie było jeszcze nic cudownego; przebieg szczęśliwy mógł być zupełnie naturalny. Serce jednak męża i ojca przejęte było wdzięcznością dla Najświętszej Dziewicy.

"Jak nazwiesz pan córkę?" - pytano pana Moro. "Będzie miała imię Marii" - odpowiedział. "Ależ to imię tak pospolite, każda wieśniaczka i każda służąca je nosi". - Ale mimo oporu wszystkich, co postanowił, dokonał, choć w ogólności bardzo był powolny w innych razach. - "Będzie nazywać się Marią i zobaczycie, że to imię przyniesie jej szczęście". - Ojciec chciał nadto, aby dziecię przez lat trzy ubierane było biało, na cześć Świętej Dziewicy. 

Szesnaście lat od owego czasu upłynęło. Maria Moro pobierała nauki u Sercanek w Bordo. Gdy nagle w styczniu 1858 r. zachorowała na oczy i nauki przerwać musiała. Z początku sądzono, że to choroba, która przeminie, ale omylono się, gdyż choroba przybierała coraz groźniejszy charakter. Doktor miejscowy zawezwany, uznał za stosowne zrobić konsylium ze sławnym okulistą w Bordo, panem Bermą, który oświadczył, że to nie zawianie, ale sparaliżowanie oczu, że niebezpieczeństwo jest wielkie, jedno oko jest zupełnie stracone a drugie mocno zaatakowane.

Rodzice zostali natychmiast zawiadomieni. Matka przybyła do Bordo i zabrał a dziecię do domu, aby móc z całą starannością wykonywać polecenia znakomitego okulisty, już nie dla odzyskania oka straconego, ale aby ocalić drugie, które było osłabione do tego stopnia, że wszystkie przedmioty zdawały się mu ciemne, jakby wśród grubej mgły.

Lekarstwa, kąpiele morskie, wszystko co zalecali doktorzy, było próżnym; przez wiosnę, lato i jesień czyniono wszelkie możliwe wysilenia, ale wszystko daremnie, stan chorej coraz się pogarszał. Ślepota zdawała się nieuniknioną. 

Państwo Moro postanowili pojechać do Paryża, i tam zasięgnąć rady najznakomitszych doktorów. Przygotowywali się do jak najśpieszniejszego wyjazdu, obawiając się, czy nie będzie już zapóźnym ratunek ich ukochanego dziecięcia, kiedy z poczty przyniesiono im gazetę, a w niej opis cudownego uzdrowienia pani Rizan, pan Moro czytając gazetę zbladł, w strapionej duszy ojca błysnął promień nadziei.

"Do tych drzwi trzeba zakołatać, rzekł, bo jeżeli Najświętsza Panna ukazała się w Lurd, to nie ograniczy się na kilku cudownych uzdrowieniach, aby tym dowieść, że uzdrowienia były prawdziwe, a szczególniej też w początkach, dopóki wypadek nie jest jeszcze powszechnie uznanym - ci zatem, co najpierw przybędą, najpierw łaski otrzymają. Żono, córko, oddajmy się w opiekę Matce Bożej w Lurd". - Rozpoczęto nowennę.

Niektóre osoby z sąsiedztwa, towarzyszki i przyjaciółki Marii, wzięły w niej udział. Szczególnym też zdarzeniem pewien kapłan w mieście otrzymał butelkę wody z Lurd, której im udzielił. Rodzice ślubowali, że jeżeli ich córka uzdrowioną będzie, pójdą piechotą do Lurd, i że przez rok dziewczynka nosić będzie tylko kolory białe i niebieskie, kolory Najświętszej Panny. Nowennę rozpoczęto 8 listopada wieczór.

Ojciec tylko miał silną wiarę, córka nie miała nadziei, a matka obawiała się spodziewać. Modlono się razem w pokoju pana Moro przed obrazem Matki Boskiej. Matka, chora i mała jej siostrzyczka, wstawały zazwyczaj po skończonych modlitwach, aby iść spać, ale ojciec jeszcze klęczał i modlił się. Kiedy zaś mniemał, że jest sam w pokoju, modlitwa jego przybrała ton bardzo rzewny:

"Najświętsza Dziewico, Ty uzdrowisz córkę moją, o tak, Ty ją uzdrowisz, do tego jesteś obowiązaną, i wymówić się nie możesz. Pomnij o Maryjo, że mimo woli wszystkich, ja Cię obrałem za jej patronkę. Pamiętaj, jakie walki przejść musiałem, nim jej Twe święte Imię dałem i czybyś mogła o tym zapomnąć, że wtedy broniłem Twego Imienia potęgi i chwały, powtarzałem wszystkim, że Ty mnie i jej szczęście przyniesiesz. Była moją córką, a jam Ci ją oddał, uczynił córką Twoją. Czyż zapomnisz o tym teraz, kiedy Cię prosimy za córką naszą i Twoją, przybądź nam na pomoc i ulecz ją - czyżbyś ją zostawiła ślepą mimo mojej wiary? Nie, nie, to niepodobna. Ty ją uzdrowisz".

Takie uczucia wyrywały się z piersi strapionego ojca, do serca Maryi, zobowiązując Jej macierzyńskie serce.

Była godzina 10 wieczór. Młoda dziewczynka, idąc spać, umaczała szmatkę w wodzie z Lurd, położyła na oczy i zawiązała je. Dusza jej doznawała wzruszenia; nie miała wprawdzie wiary ojca, ale myślała jednak, że Najświętsza Panna może ją uzdrowić i może niezadługo, kończąc nowennę, ujrzy światło. Potem nastąpiło zwątpienie - nie czuła się godną cudu. Myśli te snuły się jej po głowie i zasnąć nie dawały. Już było bardzo późno, kiedy zasnęła. Rano, obudziwszy się z odrobiną nadziei i niespokojną ciekawością bandaż rozwinęła - i krzyknęła.

Wokoło niej światło dnia opromieniało pokój. Widziała jasno, czysto i wyraźnie. Chore oko ozdrawiało, a sparaliżowane przejrzało. "Marto, Marto - zawołała na siostrę - widzę, jestem uzdrowioną". - Mała Marta, która spała w tym samym pokoju, wyskoczyła z łóżka i pobiegła do siostry i ujrzała, że Maria ma oczy zupełnie czyste, czarne, świecące i jaśniejące pełnią życia. Serce młodej Marty pragnie podzielić się tą radością z ojcem i matką: Ojcze! matko! woła. Poczekaj, poczekaj, woła, zobaczę pierwej, czy czytać mogę. Podaj mi książkę. Dziecię podało jej książkę ze stołu. Maria otworzyła książkę i czytała biegle bez utrudzenia. Uzdrowienie było zupełne, stanowcze.

Ojciec i matka nadbiegli: Ojcze, matko, woła dziewczątko, widzę, czytam, jestem zupełnie zdrowa! Czyż da się opisać ta scena. Każdy ją może odczuć w swym sercu. Drzwi w domu były jeszcze zamknięte, okna były pozamykane, a przez przeźroczyste szyby wbiegały tylko do pokoju pierwsze promienie budzącej się jutrzenki. Nikt nie mógł podzielić radości tej rodziny, która znalazła szczęście, jednak chrześcijanie ci zrozumieli, że nie byli sami, że jakaś istota wszechmocna a niewidzialna była wśród nich. Wszyscy upadli na kolana, a z tych czterech, wdzięcznością przejętych piersi, wyrwało się jedno dziękczynienie do Matki Boga. 

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 167-198.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz