Łączna liczba wyświetleń

piątek, 15 lipca 2016

GIULIA MARIELLI ZA PRZYCZYNĄ MATKI BOŻEJ POMPEJAŃSKIEJ CUDOWNIE UZDROWIONA

Miłosierdzie Maryi rozlewa się na wszystkich, kyórzy o nie proszą, chociażby odmówili tylko jedno "Zdrowaś".
Św. Ryszard od św. Wawrzyńca

W świątyni panowała uroczysta cisza (...) Po krótkiej chwili weszła do kościoła osoba licząca 23 lata, którą prowadzili mężczyzna i kobieta. Prawa strona ciała tej młodej osoby była zupełnie obezwładniona, powłóczyła z trudnością nogą, opuchnięta ręka wisiała na temblaku zawinięta w opatrunki. Z prawego oka bezustannie ciekły łzy. Podszedłszy przed tron Maryi uklękła i płacząc modliła się słowami:

- Najświętsza Panno Pompejańska! Pozwól mi umrzeć albo uwolnij mnie z tego nieszczęśliwego położenia!

Zemdlała. Osoby modlące się w prezbiterium przybiegły, podniosły ją i zaczęły cucić. Kim była ta osoba? I dlaczego przyjechała w taki upał?

(…) 20 maja tego roku Giulia [Marielli] prała kołnierzyk, gdy nagle krzyknęła przeraźliwie. Poczuła w prawej ręce gwałtowny ból. Obejrzała rękę i zauważyła sterczące z dłoni końce igieł. Uszka i większa część igieł utkwiły w ciele. Igły znajdowały się w kołnierzyku, a kiedy go wyżymała, wcisnęła je sobie w rękę. Nie mogła jednak ich wyciągnąć. Wskutek bólu i na myśl, że zostanie kaleką niezdatną do pracy, przeraziła się i straciła przytomność. Na jej krzyk przybiegła żona szewca i zabrała ją do chirurga. Obie kobiety pojechały dorożką do wielkiego szpitala. Tymczasem przekłuta ręka zamknęła się, a lekarze nie mogli jej otworzyć.

- Nie możemy podjąć się operacji, bo uszko igły utkwiło zbyt głęboko. Trzeba poczekać, aż rana zacznie ropieć. Wtedy igły same wyjdą.

Następnie jeden z asystentów unieruchomił rękę, włożył ją do temblaka i pożegnał obie niewiasty. W nocy Giulia nie mogła zmrużyć oka z powodu gwałtownych cierpień. 

Pomiędzy chirurgami szpitala najbardziej znany był profesor Galozzi, senator i ordynator. Do niego udały się nazajutrz obie kobiety. Galozzi zbadał rękę a potem powiedział oschle:

- Proszę przyjść jutro i na czczo, muszę panią uśpić przed operacją.

Po drugim dniu cierpień nastąpiła kolejna bolesna i bezsenna noc. Rano chora została poddana narkozie. Ordynator głęboko naciął rękę i szukał igieł. Nie mógł ich jednak znaleźć choć szukał ich starannie specjalnymi przyrządami. Kazał znów opatrzyć rękę, zalecił pewne leki i poprosił o przybycie za tydzień. Kiedy przyjechały, okazało się, że ordynatora nie ma i zastępuje go profesor Persico. Opowiedziały mu o nieznośnych bólach w ręce.

- Dlaczego, panie doktorze, ból nie ustaje i męczy mnie dzień i noc? - zapytała Giulia. - Czy igły jeszcze nie wyszły?
- O nie! Gdyby igły się wysunęły, byłaby to łaska nieba.
- Więc igły tkwią nadal pomimo zabiegu?
- Tak jest, niestety, igły są w ciele. Musi pani przykładać stale okłady z siemienia lnianego. Wtedy można się będzie spodziewać, że igła sama wyjdzie.

Następnego dnia znaleziono igłę w siemieniu lnianym. Z wielką radością obie kobiety pospieszyły do szpitala i odszukały profesora Persica.

- Mamy igłę! - zawołały.
-To dobrze - odpowiedział - teraz jest pani zdrowa. 

Upłynął tydzień i rana powoli się zabliźniała. Giulia Marielli była zadowolona. Ale ósmego dnia znowu poczuła ból.

- Może zmiana ciśnienia wywołuje to nieprzyjemne uczucie? - zapytała Giulia przyjaciółki.
- Nie, to z powodu rany - odpowiedziała Angelina. - Ale nie myśl o tym, to przejdzie.

Na drugi dzień Giulia czuła ból w całej ręce. Widziała, że jej ręka nieco spuchła i dlatego znowu udała się z wierną towarzyszką do szpitala Jezusa i Maryi. Na nieszczęście nie zastały ani Galozziego, ani Persico. Przyjął je młody lekarz, który radził cierpiącej, aby położyła się do łóżka i czekała, aż nie pojawi się przyczyna nowego cierpienia. 

Powróciwszy do domu położyła się do łóżka. Ból nie tylko nie ustawał, lecz przeszedł z ręki na nogę i plecy. W ciągu kilku dni prawa strona ciała stała się bezwładna. W takim stanie nie mogła iść do szpitala i musiała przywołać chirurga do domu. Wiązało się to z wydatkami na lekarzy i leki, które tak wiele rodzin popychają do nędzy. Stąd w Neapolu znane jest przysłowie: „choroba kosztuje majątek”. Nie wiedzieli, którego lekarza poprosić. W końcu zdecydowano się na profesora Persica, który znał już chorą.

Profesor Persico sądził, że chodzi tu o rozstrój nerwowy. Powiedział, że nie ma innego środka na chorobę, jak zastosowanie prądów elektrycznych na ręce. I przez dwadzieścia dni biedna Giulia poddawała się temu doświadczeniu, a jednak nie odczuła żadnej ulgi. Ciągle ten sam stan, ciągle te same cierpienia i bezwład w ciele. Edward Alietti i dobrzy sąsiedzi, którzy szczerze litowali się nad chorą, nakłonili jeszcze innych lekarzy do odwiedzin. Ale wszyscy wzdrygali ramionami i powtarzali to samo.

- Nie ma nadziei.

***

Tak nadszedł lipiec. Doktor Persico zalecił ciepłe kąpiele w łazienkach Girolaminich w Pozzuoli. Mieszkańcy Neapolu mieli zwyczaj brać kąpiele wcześnie rano i wracać do domu w zamkniętym powozie. Ale Giulia nie była w stanie podróżować i dlatego wynajęła pokój w domu pana Francesca Bonigliego. Biorąc pewnego dnia kąpiel poczuła w opuchniętej ręce bolesne kłucie. Przywołany lekarz obejrzał rękę i ocenił, że to albo nadwerężenie kości, albo druga igła. Giulia nie chciała innego lekarza, jak tylko doktora Persica. Ten przyjechał na drugi dzień do Pozzuoli. Był szczęśliwy, że odnaleziono drugą igłę, i że może w końcu uda się usunąć przyczynę dolegliwości. 15 lipca odbyła się operacja i igłę ostatecznie wyciągnięto. Ale jakie było jego rozczarowanie, kiedy nieszczęśliwa nie tylko nie otworzyła już więcej dłoni, ale także oko, ręka i prawa noga były porażone. Co więcej, porażenie objęło połowę głowy, co powodowało nieustanny ból. Ręka niezmiernie spuchła, a nogę chora wlokła z wielkim trudem. Częściowo sparaliżowana Giulia powróciła do Neapolu.

Nie mając środków na wzywanie lekarza do domu, wynajmowała powóz, który przez dwadzieścia dni zawoził ją do doktora Persica na elektryzowanie. Lecz było coraz gorzej. Lekarze zwątpili w możliwość wyleczenia.

- Ileż lat jeszcze pozostanę w takim stanie? - zapytała lekarza.
- O, dziesięć lat... dwadzieścia lat... Kto to może wiedzieć?

Widząc, że elektryzowanie na nic się nie zdało, chciała zasięgnąć rady jednego z najsławniejszych lekarzy w Neapolu, Domenica Capozziego. Ten porozumiał się w tej sprawie z profesorem Francescem Viziolim. I tak cierpiąca Giulia kazała się zawieść do jego domu w piątek 14 sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. „Ach! - pomyślała - przybywam właśnie dzisiaj, w wigilię Wniebowzięcia do tego domu, by poznać wyrok na siebie. Kto wie, może Madonna sprawi, że lekarz rozpozna chorobę?” 

Profesor Vizioli dokonał dokładnych oględzin, ale musiał jednak wystawić przykrą diagnozę.

- Nauka nie zna metody na wyleczenie pani.

Potem swoją diagnozę spisał dla doktora Capozziego, która znajduje się u mnie w oryginale.

Na drugi dzień, w uroczystość Wniebowzięcia, Giulia przywiozła diagnozę doktora Vizioliego profesorowi Capozziemu, a ten napisał potem swoją własną. Potwierdził w niej, że i on sam nie znajduje żadnego środka, który mógłby przynieść ulgę cierpieniom pacjentki. Także i ta diagnoza znajduje się w moim archiwum.

Gdy Giulia opuszczała mieszkanie profesora Capozziego, wybiła właśnie godzina jedenasta. Przygnębiona, pozbawiona wszelkiej nadziei zwróciła się z ufnością do Najświętszej Panny z Pompejów. Po chwili powiedziała do Angeliny:

- Ponieważ nie udało się nic osiągnąć, to jedźmy do Madonny w Pompejach. Jeszcze dziś, w dniu jej święta, chcę tam się udać.

Żona szewca zwróciła jej uwagę, że już prawie południe i w swoim ciężkim stanie nie wytrzyma upału w ciasnym wozie. Ale Giulia obstawała przy swoim. Nie było innego wyjścia, jak pomoc Najświętszej Dziewicy. Angelina nie chciała opierać się dłużej, pragnęła jednak, aby jej mąż i córeczka pojechali z nimi. Podjechali po nich, a kiedy sąsiedzi dowiedzieli się o pielgrzymce, zebrali się i mówili:

- Niech was prowadzi Matka Boża; niechaj wam błogosławi w podróży.

***

Znasz już Czytelniku tę scenę, jaka rozegrała się u stóp tronu łaski. Wszechwładna Królowa spojrzała na chorą, a jedno spojrzenie Maryi sprowadza nieskończone błogosławieństwo. Kiedy Giulia Marinelli otworzyła oczy, widziała jasno i dokładnie. Głowa wolna była od bólu. Czuła, że do ręki i ramienia wróciło życie. Łzawiące oko było już zdrowe. Nie zdając sobie wcale sprawy z tego wszystkiego, Giulia instynktownie podniosła oczy ku obrazowi, który wydawał jej się teraz piękniejszy niż kiedykolwiek. Patrzała na niego z uczuciem rozkoszy i wdzięczności, których mowa ludzka nie zdoła wypowiedzieć. Zdjęła opatrunki z chorej ręki i wzniosła obie dłonie do Matki Bożej. Wtedy z prawej, dotychczas nabrzmiałej ręki, skóra zeszła jak rękawiczka i zsunęła się na ziemię, a ręka tymczasem pokryła się nową, zdrową skórą. Giulii zdawało się, że to sen... Zawołała wybuchając radością:

- Madonna mia! Matko moja! Śliczna Dziewico! Jestem zdrowa!... Jak to zrobiłaś? - mówiła dalej podskakując i oglądając ręce, ramiona. Stała prosto. Nie wiedząc, w jaki sposób okazać wdzięczność i miłość Madonnie, posyłała obrazowi ręką pocałunki. Potem nie posiadając się z radości, przebiegła przez zakrystię, wzdłuż nawy i wołała:

- Zostałam uzdrowiona! Zostałam uzdrowiona! Cud!... Madonna tego dokonała! Patrzcie, patrzcie! Jestem zdrowa!

I tak dobiegła do sierocińca. Wszyscy będący w pobliżu, nadeszli z pośpiechem. Wypytywali z obawą i niedowierzaniem, uważając Giulię za obłąkaną. Ale ta nie mogła z radosnego wzruszenia powiedzieć ani słowa, lecz tylko ze łzami rzucała strzępy zdań:

- Od dawna nie mogłam się ruszać! Gwałtowne bóle! Nieskończone bóle! Madonna mnie uzdrowiła. Madonna zdziałała cud. Patrzcie! Patrzcie!

Mówiąc to pokazała rękę, a na skórze było widać odcisk dłoni. Widzowie nie mogli powstrzymać łez. Także Edoardo Alietto płakał w milczeniu, a siostry z Sorrento i pielgrzymi z Rzymu dziękowali Najświętszej Pannie, że pozwoliła im oglądać cud.

(…) Zszedłem na dziedziniec, gdzie zastałem wielką wrzawę. Ktoś biegł, ktoś krzyczał, ktoś żywo gestykulował rozmawiając z innymi osobami, które nadbiegały zdumione, wielu płakało... A na środku stała młoda osoba o żywym rumieńcu na policzkach, śmiała się i płakała równocześnie. Czarne oczy promieniały szczęściem. Była to Giulia Marielli.

Słysząc opowiadanie o niedawnych cierpieniach, słysząc głos świadków, zwłaszcza tych, co przybyli z Neapolu, przekonawszy się naocznie o zajściu - i ja uwierzyłem [tzn. bł. Bartolo Longo, autor cytowanej książki]. Wielbiłem niezbadane ale zawsze miłościwe wyroki Boskie. Uboga szwaczka nie posiadając wiele kosztowności, zostawiła Madonnie zausznice jako swoje wotum - dowód wdzięczności i uwielbienia.

Tymczasem woźnica nic nie wiedząc o tym, co zaszło, czekał cierpliwie na koźle. Słysząc, że otwiera się brama kościoła, zszedł by pomóc szwaczce przy wsiadaniu. Okrzyk podziwu wyrwał mu się z gardła na widok osoby, którą od trzech miesięcy woził po szpitalach, a która szła teraz pewnym krokiem. Zbladł i wyciągnął drżącą dłoń by pomóc jej wejść do powozu.

- Zostałam uzdrowiona! Madonna mnie uzdrowiła - zawołała Giulia radośnie i wskoczyła do środka.
- Zjemy obiad w Tora Annunziata - powiedział szewc z tryumfującą miną. - Będziemy mieli ucztę radości z powodu cudu, którego doznaliśmy od Najświętszej Dziewicy w dniu Jej święta.

Giulia jadła z wielkim apetytem, którego jej brakowało od kilku miesięcy. Dawne cierpienia zdawały się tylko złym snem. Na twarzach wszystkich uwidaczniał się pokój serca i radość.

Gdy woźnica odwiózł ich wieczorem przed dom, natychmiast zgromadziły się dzieci i przyjaciele z sąsiedztwa. Skoro ujrzeli, jak Giulia wychodzi bez niczyjej pomocy, wszyscy zaczęli obwieszczać cud. W jednej chwili schody i mieszkanie szewca napełniło się ludźmi. Kto tylko umiał, ten podpisał poniższe świadectwo, które cytuję w całości (...)



bł. Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, ROSEMARIA 32013, s. 327-336

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz