Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 10 lipca 2016

GIUSEPPE MANSI W SANKTUARIUM MATKI BOSKIEJ POMPEJAŃSKIEJ CUDOWNIE UZDROWIONY

W miejscach poświęconych Jej czci i pamięci sprawia [Maryja] swoim pośrednictwem, że chromi chodzą, niewidomi odzyskują wzrok, głusi słyszą, pozbawionym mowy jest ona przywrócona i uleczone zostają różne niemoce i słabości. Przychodzą grzesznicy, biją się w piersi, wyznają swoje winy i otrzymawszy przebaczenie, powracają z radością do swoich domów. Przychodzą także przygnębieni strapieni i smutni, pogrążeni w rozpaczy, zagubieni, obarczeni długami i nieszczęśnicy okryci hańbą i upodleni. Ale Ona nie odrzuca żadnego nędzarza; pełna miłosierdzia błaga za nimi Syna, i w ten sposób odwraca od nich zło wszelkie.
bł. Amadeusz, bp Lozanny

(…) W roku, w którym toczy się ta opowieść, także i rodzina Bischettich wybrała się na pielgrzymkę do Doliny Pompejańskiej. Zanim kanonik o 21.30 wieczorem wyszedł z domu, pożegnał się z chłopcem mówiąc:

- Idę do Matki Bożej do Pompejów. Tej nocy będę modlił się za ciebie.
- Wujku - odpowiedział chłopczyk z wyrazem skargi, ale głosem stanowczym - przypomnij o mnie Matce Bożej i powiedz Jej, że jutro za wszelką cenę przyjdę odwiedzić Ją w świątyni, i że musi mnie uzdrowić. 

Wszyscy obecni zaczęli sprzeciwiać się temu pomysłowi. Ledwie żywy Giuseppe miałby jechać pomiędzy takie tłumy ludzi dla niepewnego odzyskania zdrowia? Lucia, która miała ze swoją matką zostać przy chłopcu, była niespokojna i nie wiedziała co o tym myśleć. Powody przemawiające przeciwko pielgrzymce do Pompejów uznawała za słuszne, z drugiej strony nie chciała osłabiać w chłopcu wiary w uzdrowienie. Powiedziała:

- Idźcie do świątyni, ale nie odbierajcie chłopcu wiary, nie drażnijcie go teraz, gdy potrzebuje tak bardzo zaufania i modlitwy.

Nikt tej nocy nie wierzył w cud. Jedynie w sercu chłopca tliła się jeszcze nadzieja. Rodzina Bischettich, do której przyłączyło się po drodze mnóstwo innych pobożnych czcicieli Maryi, o 21.45 dotarła do kościoła w Pompejach. Świątynia była tak wypełniona ludźmi, że ledwie zdołali przecisnąć do drugiego ołtarza po lewej stronie. Jest to ołtarz poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa. O wyznaczonej godzinie kapłani zaczęli odmawiać pierwsze modlitwy nabożeństwa różańcowego, a odpowiadali im zebrani wierni i dzieci z sierocińca. Kiedy wymówiono ostatnie modlitwy różańca, wielki dzwon Maryi Różańcowej wybił północ. Zapanowało ogólne poruszenie, oczy wszystkich zwróciły się instynktownie ku obrazowi cudownej Dziewicy, która zdawała uśmiechać się łagodnie do swoich dzieci i mówić:

„Dzieci moje! Zaczęła się moja uroczystość!” 

Wszyscy wzięli do rąk różańce i podnieśli je ku górze, jakby chcieli na to zaproszenie Maryi odpowiedzieć:

„Matko, patrz, Twoje dzieci są gotowe oddać Ci cześć i chwałę!”

Wtedy kapłan zaczął odmawiać piętnaście tajemnic różańca, wezwawszy wcześniej wiernych, aby go odprawili w intencji Kościoła, pokoju na świecie, za rodziny obecnych w kościele, za grzeszników i za dusze zmarłych, a szczególnie za tych, którzy czuwają w nocy, aby połączyć się poprzez modlitwę z wiernymi w świątyni. O pierwszej po północy rektor świątyni rozpoczął mszę świętą przed cudownym ołtarzem, a czterech innych kapłanów równocześnie odprawiało mszę przy ołtarzach bocznych...

***

Po bezsennej i wypełnionej modlitwą nocy, Lucia poszła do pokoju Giuseppego, aby wykonać pierwsze tego dnia opatrunki. Była 5 nad ranem.

- Ciociu - powiedział chłopiec, który w nocy trzy razy wstawał, aby sprawdzić godzinę - ile ropy odeszło w nocy! Jeżeli Matka Boża mnie uzdrowi, to codziennie będę odmawiać różaniec ze wszystkimi tajemnicami i przez rok codziennie odmówię nowennę dziękczynną na Jej cześć.

Potem zaczął błagać swoją drogą opiekunkę, żeby nie szła sama do Pompejów, ale by wzięła go ze sobą. Pobożna dziewczyna, która dotąd o ile mogła podtrzymywała i ożywiała wiarę chłopca, miała pewne wątpliwości. Wystraszyła się jego prośbą tym bardziej, że nie miała czasu porozumieć się z doktorem Mansim. Ale kto nie ulegnie błaganiom dziecka, tym bardziej natarczywym, im bardziej jest ono chore? Lucia nie umiała zbić jego argumentów. Przekonywał ją:

- Albo umrę albo przeżyję w takim nędznym stanie i nigdy nie będę mógł uczynić nic dobrego, ani nie zostanę księdzem. Czemu więc nie chcesz mnie wziąć ze sobą do Pompejów? Chciałbym iść do Matki Bożej i jeszcze raz spróbować, błagać Ją o odzyskanie zdrowia i życia. Chcę żyć na Jej cześć i chwałę.

O godzinie 7 Giuseppe był już ubrany. Schorowane dziecko przypominało małego, drżącego staruszka. Na prośbę chorego syna, doktor Mansi przysłał powóz punktualnie o godzinie 7 rano. Chłopiec wszedł do niego z pomocą obu kobiet i wyruszyli w drogę ku Dolinie Pompejańskiej. Ta część rodziny Bischettich, która całą noc spędziła w świątyni, o godzinie 8 wyszła przed kościół aby odetchnąć świeżym powietrzem. Po przerwie chcieli wrócić do kościoła i zostać w nim aż do modlitwy błagalnej, którą w uroczystości odmawia się w południe. Podczas gdy przechadzali się po placu przed kościołem, ujrzeli nadjeżdżający powóz doktora Mansiego, z którego wysiadła Lucia z matką, a później z ich pomocą wysiadł i Giuseppe. Patrząc na to wszyscy okazali zdziwienie i niezadowolenie nieroztropną decyzją. Kiedy uspokoili się, Lucia zaprowadziła chłopczyka do zakrystii i poprosiła księdza, aby go wyspowiadał. Giuseppe powiedział do księdza:

- Mój tata i ciocia Lucia sprawiają mi wiele cierpień przemywaniem rany, a ja bardzo płaczę i rzucam się na podłogę. Ale dziś, w uroczystość Matki Bożej, przybyłem tu, aby mnie Najświętsza Panna uzdrowiła.

Wyspowiadawszy się chłopiec powiedział do Luci, że pragnie przyjąć Komunię świętą przed ołtarzem Matki Bożej Pompejańskiej. Sprzeciwił się temu stanowczo Francesco Bischetti mówiąc:

- W żaden sposób nie przeciśniecie się przez tłum. Wystarczy, że przyjmie Komunię świętą przed ołtarzem świętego Michała. Czy koniecznie chcesz, Lucio, dobić chłopca? Lucia nic nie odpowiedziała, wzięła chłopca na ręce, podniosła w górę i pokonując wszystkie trudności przeniosła ponad głowami tłumu przed ołtarz Matki Bożej. Nie było łatwo, przedzierając się przez tłum nie zważała na rozrywające się koronki i szwy sukni. Pod ołtarzem Giuseppe modlił się słowami trędowatego z Ewangelii:

- Panie, u Ciebie nie ma nic niemożliwego, jeżeli chcesz, możesz mnie uzdrowić!

Modlił się pełen dziecięcej ufności, przyjąwszy przedtem do serca Pana Jezusa w sakramencie Eucharystii. Ale Pan go nie uzdrawiał. Czy może chciał chwałę uzdrowienia chorego pozostawić Swojej Matce? 

W godzinie modlitwy błagalnej Wszyscy wierni wyczekiwali godziny południowej z tą samą pobożną niecierpliwością, z jaką wyglądano godziny północnej, ale z trochę innym nastawieniem. Północ jest jak wesoły okrzyk duszy, która wita pierwszą godzinę dnia Maryi i łączy się z radością całego tryumfującego Kościoła. Południe witają wierni jeszcze radośniej, albowiem wszyscy oczekują skuteczności tak wielu modlitw. Oczekują łask z rąk Mary, i rzeczywiście, ta błogosławiona godzina nie zawodzi oczekiwań Jej wiernych dzieci.

Wreszcie nadeszła utęskniona chwila pełna łask. Dzwon świątyni wybił południe. Przyjemny dreszcz jak prąd elektryczny przejął wszystkich obecnych. Tysiące głosów zaczęło odmawiać modlitwę, która od siedmiu lat wyprosiła już niezliczone łaski u Boga. I to wołanie miłości i wiary, które rozbrzmiewa w ulubionej świątyni Maryi, odbijało się potężnym echem we wszystkich częściach świata katolickiego, gdziekolwiek żyją wierni czciciele Matki Bożej Pompejańskiej. Panna Bischetti pełna pobożnego uniesienia zwróciła się do chłopca tymi słowami:

- Giuseppe, posłuchaj, niedawno straciłeś twoją kochaną mamę. W obrazie Matki Bożej Pompejańskiej widzisz obraz piękniejszej matki, Królowej Różańcowej, tej Matki, która dziś wszystkim opuszczonym udziela łask. Zaufaj i poproś z nadzieją o uzdrowienie tak, jakbyś prosił swoją mamę. A wtedy możesz być pewny, że zostaniesz wysłuchany.

Chłopiec słuchał pilnie tych słów wypowiadanych jakby przez anioła pocieszyciela. Rzucił się na posadzkę, a rzewne łzy płynęły po jego wychudłej i bladej twarzyczce. Zaczął się modlić:

- O Matko Boża Pompejańska! Królowo Różańca, uzdrów mnie! Ty wiesz, że chcę zostać księdzem i chcę służyć tylko Tobie i Twojemu Synowi Jezusowi Chrystusowi. Ach, nie odmawiaj mi łaski zdrowia!

Zaledwie wymówił te słowa, a jakaś tajemnicza radość napełniła jego serce. Obudziło się w nim nowe życie i poczuł, jak przybywa mu sił. Z coraz większą gorliwością odmawiał z innymi modlitwę błagalną, którą Królowa Nieba zawsze wysłuchuje przez udzielanie obfitych łask. Gdy zaczęto odmawiać ostatnią część modlitwy, kiedy padły słowa „Prośmy Maryję o Jej macierzyńskie błogosławieństwo”, Giuseppe poczuł, że w jego żyłach krąży jakby nowa krew. Strumień nadzwyczajnej i dotąd nieznanej mu radości ożywił jego serce i wszystkie siły jego duszy. Była to ta radość, która oznacza zdrowie i którą wywołuje dopełnienie się cudu. Chłopczyk powstał na nogi i zaczął głośno wołać:

- Matka Boża udzieliła mi łaski, jestem zdrowy! Głośny okrzyk chłopca stłumiło głośne odmawianie modlitw przez cztery tysiące wiernych. Ale stojące w pobliżu osoby, które słyszały te słowa, przeszył dziwny dreszcz. Rzeczywiście dopełnił się wielki cud, cud zupełnego uzdrowienia w jednej chwili! Blada twarz chłopca natychmiast okryła się rumieńcem zdrowia; od razu odzyskał słuch i wszystkie zdolności ducha w dawnej sile. Nie posiadając się z radości i wdzięczności dla swej Dobrodziejki z nieba, znowu rzucił się na posadzkę i bardziej łzami niż słowami dziękował za otrzymaną łaskę. Niedługo potem Jezus obecny w Najświętszym Sakramencie, pobłogosławił zgromadzone dzieci Swojej Matki, a z chóru zabrzmiały słowa psalmu:

- Chwalcie Pana wszystkie narody!
- Albowiem umocniło się nad nami Jego Miłosierdzie, a Prawda Pańska trwa na wieki. - Odpowiedział z uniesieniem cały lud.

***

Kiedy tylko rodzina Bischettich spotkała się na placu kościelnym, Giuseppe zaczął wesoło wołać o cudzie. Jednak wiadomość ta nikogo nie cieszyła, wszyscy sądzili, że zawiedziony chłopczyk stracił rozum... Także Lucia, ta najgorliwsza w wierze osoba w rodzinie, która nawet oczekiwała takiego cudu w dzień Matki Bożej Pompejańskiej, nie chciała uwierzyć słowom chłopca. Zaczęła oglądać jego uszy, które nie były oczyszczane już od sześciu godzin. Zawołała z radością:

- O Boże, nie ma już ropy!

W rzeczywistości zauważyła niewielką jej ilość, ale tylko tyle, ile mogło wypłynąć przez godzinę jazdy do Pompejów. A więc gdy chłopczyk był w świątyni, ropa nie płynęła wcale. Lucia zaczęła badać uszy na nowo i zauważyła, że bolesny obrzęk, który sprawiał chłopcu tyle cierpienia, zniknął.

- O Boże - zawołała - więc rzeczywiście stał się cud! Giuseppe odzyskał zupełnie zdrowie!
- Cicho! - zawołał jej ojciec. - Chłopiec nie powinien tego słyszeć. Ropa przestała się sączyć, co się zdarza, a jutro znowu wypłynie. Jak się poczuje, gdy uwierzy w cud, a jutro zrozumie, ze to złudzenie ? Taki zawód może go dobić.

Jednak Giuseppe, który rano był zupełnie bez sił i nie mógł sam iść, teraz aż podskakiwał z radości i wołał:

- Jestem zdrowy, jestem zdrowy! Matka Boża uczyniła cud! Wyleczyła mnie!

Ale to zachowanie, jego wesoły śmiech, wołania i podskoki, utwierdzały rodzinę Bischettich w przekonaniu i obawie, że zupełnie stracił rozum. Francesco postanowił jednak zrobić test: odszedł na kilka kroków i powiedział ściszonym głosem:

- Giuseppe!

Chłopczyk go usłyszał i natychmiast podbiegł do niego mówiąc:

-Jestem! Jestem zupełnie zdrowy! I... jestem głodny! 

Ostatnie słowa były kolejnym dowodem spełnionego cudu. Dotychczas chłopiec unikał posiłków i nie brał do ust niewiele poza kilkoma łykami kawy i mleka. Teraz dawano mu wszystko, cokolwiek zabrano ze sobą z domu na posiłek. Zajadał się jajkami na twardo, kiełbasą, chlebem, owocami i pił wino. Kiedy ujrzał małą apteczkę z opatrunkami, którą zabrała Lucia, zaczął się śmiać i powiedział:

- Wyrzuć to ciociu, bo Matka Boża mnie uzdrowiła. - Ale po krótkim namyśle dodał: - Nie, szkoda wyrzucać tyle lekarstw. Wyślijmy je lepiej do szpitala, może przydadzą się komuś biednemu.

O godzinie 17 rodzina Bischettich wróciła ze szczęśliwej pielgrzymki do domu. Giuseppe zjadł kolację z wilczym apetytem i był w tak dobrym humorze, że wszystkich pobudzał do wesołości. Wieść o cudzie rozeszła się jak błyskawica w Gragnano i Castellammare. Gdziekolwiek pokazał się doktor Mansi, zasypywano go pytaniami. Odpowiadał jednak wymijająco: 

- Nic nie wiem o cudzie... Wiem tylko tyle, że syn mój stoi o krok od grobu. Jutro go odwiedzę.

Nazajutrz rano lekarz rzeczywiście udał się do syna. Zaledwie chłopiec ujrzał ojca wychodzącego z powozu, wybiegł naprzeciw i wołał:

- Tato, jestem zdrowy, Matka Boża Pompejańska mnie uzdrowiła! - i uwiesił mu się na szyi.

Doktorowi Mansiemu zdawało się to snem. Chłopiec jeszcze dwa dni temu ledwie się ruszał, a teraz skakał... biegał... Stanął zaskoczony, a potem z lekarską powagą łagodnie choć z niedowierzaniem, powiedział:

- Ach, co tam cud... jaki cud...

Chłopiec widząc, że ojciec nie wierzy jego słowom, zaczął płakać.

- No, no, zobaczmy! - uspokoił go wzruszony ojciec i zaczął badać uszy.

Były zupełnie zdrowe, a nawet zniknęły oparzenia skóry powstałe od płukań. Nie mógł ukryć zdumienia. Stał jak wryty a płomienny rumieniec okrył jego twarz. Dalej oglądał zdrowe uszy. Giuseppe nabrał odwagi i powiedział:

- Tato, to cud! Musisz mi kupić srebrne ucho, żebym je mógł zanieść Matce Bożej w Pompejach. Przyrzekłem, że całe życie co dzień będę odmawiał cały różaniec, a przez rok nowennę dziękczynną.

Ale doktor Mansi ciągle jeszcze milczał, w końcu z trudem powiedział:

- Musimy odczekać co najmniej miesiąc, aby mieć pewność, że jesteś rzeczywiście zdrowy.
- Nie potrzeba tego, tato! Stał się rzeczywiście cud. Jestem zupełnie zdrowy!
- Gdyby to wszystko było prawdą... - westchnął doktor Mansi wzruszony. - Gdybyś rzeczywiście miał wyzdrowieć bez pomocy lekarskiej, to byłby pierwszorzędny cud!
- Tato! Chcę pójść do Pompejów i podziękować Matce Bożej.

Spełniono jego gorące życzenie i kupiono wotum, ucho ze srebra. Następnej niedzieli, w oktawie uroczystości różańcowej, Giuseppe w towarzystwie księdza Bischettiego zaniósł Matce Bożej swoje wotum. Całą drogę w obie strony, czyli dwanaście kilometrów, odbył pieszo bez najmniejszego zmęczenia. W czasie choroby zaoszczędził sześć franków. Postanowił kupić za nie w Dolinie Pompejańskiej wielki zapas różańców, obrazków, medalików i książeczek, aby szerzyć chwałę Matki Bożej Pompejańskiej. Pomyślał jednak: „Jeżeli wydam te sześć franków na same dewocjonalia, to jak okażę wdzięczność?” Powiedział potem do ekonoma domów w Pompejach:

- Składam panu cały mój majątek wynoszący sześć franków. Dwa franki ofiaruję Matce Bożej, dwa franki przeznaczam dla sierotek, aby modliły się za mojego ojca, i dwa franki daję dla dzieci więźniów, którym oprócz tego przyślę jeszcze z Gragnano sześćdziesiąt bochenków smacznego chleba.

Dwa lata po tym nadzwyczajnym cudzie Giuseppe Mansi wstąpił do mniejszego seminarium w Noli. Zgodnie ze ślubem matki, postanowił oddać się służbie Bożej. Obrazek Matki Bożej Pompejańskiej, który mu ofiarowała mama, wziął ze sobą do seminarium i nigdy się z nim nie rozstawał.

***

W wigilię Bożego Narodzenia 1895 r., gdy siedziałem w swojej pracowni i poprawiałem ostatnie strony „Kalendarza sierot” na rok 1896, powiedziano mi o przybyciu Giuseppego Mansi. Podniosłem się i wyszedłem mu naprzeciw. Co za szczęście widzieć to kochane dziecko, ocalonego od śmierci małego kleryka Matki Bożej Pompejańskiej! Z jego czarnych oczy biła radość. Uściskałem i przytuliłem do serca przyszłego sługę Pana. W tej chwili z pewnością błogosławiła nam z nieba jego matka. 
Bartolo Longo, adwokat



bł. Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, 
 ROSEMARIA 32013,s. 291-300.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz