Łączna liczba wyświetleń

środa, 20 lipca 2016

PRZY ŁOŻU UMIERAJĄCEGO PROTESTANTA

Kto jednak poznał, że Jezus Chrystus jest „drogą i prawdą i życiem", ale nie chce za Nim podążać, ten na innych drogach nie znajdzie zbawienia. Zawiera się to w zdaniu: „Extra ecclesiam nulla salus" (poza Kościołem nie ma zbawienia).
Youcat 136

Frances Morell, Niepokalane
Serce Maryi
Ks. Adolf Pleszczyński opowiada; przed kilku laty w mieście M., gdzie byłem proboszczem, mieszkał niejaki Werth, protestant, młynarz z powołania. Moi parafianie, gdy o Werth'cie zdarzyła się mowa, zwykle dodawali: "to zawzięty luter". Dla usprawiedliwienia tego przydomku, opowiadano mi, jak Werth przy każdej sposobności popisywał się ze swoją nienawiścią przeciwko Kościołowi katolickiemu i jego kapłanom. Niepokoiły mnie napaści tego człowieka, głównie dlatego, że mając ciągłe zetknięcie z ludem, mógł niekorzystnie oddziaływać na jego stronę religijną, zwłaszcza, że smutne skutki tego oddziaływania widziałem na żonie Wertha, która będąc katoliczką, zaniedbywała jednak zupełnie spełniania powinności katolickich. Wkrótce rozeszła się wiadomość, że Werth ciężko zachorował. Zapytany lekarz miejscowy o stan chorego, odpowiedział, że choroba jest nieuleczalną i wkrótce śmiercią skończyć się musi.

- Co by zrobić, pomyślałem, żeby tego biedaka z Bogiem pojednać? Znane usposobienie chorego dla naszej religii, a jeszcze bardziej nieudane, pewne próby czynione przeze mnie, odjęły mi wszelką nadzieję. Upłynęło tak dni kilka. Wtem, pewnego dnia nad wieczorem, wchodzi do mnie posłaniec i woła: "Werth umiera i prosi co prędzej księdza proboszcza do siebie". Natychmiast dążę do domu umierającego, odległego o wiorst dwie od kościoła parafialnego. Werth, bardzo cierpiący, ale zupełnie przytomny, powitał mię z radością, a po chwili tak mówić zaczął:

- Dziękuję Bogu, żem się doczekał księdza proboszcza...! ale najpierw, choć mi trudno, powiedzieć muszę, jak się to stało... Toż ja z urodzenia ewangelik... księży nie mogłem znieść... a oto teraz... Bóg się zlitował nade mną... Matka Najświętsza... dotrzymała słowa...

- Jak to? - zapytałem pełen zdumienia.
- Proszę posłuchać, odrzekł - gdy byłem jeszcze chłopcem i chodziłem do szkoły w moich rodzinnych stronach... raz wracaliśmy z nauki do domu, gdzie przy drodze stała z dawnych czasów opuszczona figura Panny Najświętszej...

Chłopcy urągając, zaczęli rzucać na tę figurę kamieniami i błotem. - Oburzyło mię to strasznie, zawołałem więc z gniewem: jak śmiecie to robić!... toż to wyobrażenie Matki naszego Zbawiciela.

- Czyś ty katolik? - któryś krzyknął.
- Nie katolik, ale chrześcijaninem jestem, odrzekłem, a wy poganie, kiedy nie szanujecie Matki Chrystusowej.

Zawstydzeni towarzysze zaprzestali swej swawoli... Po wieczerzy twardo zasnąłem... We śnie zdawało mi się, że widzę przed sobą tąż samą osobę, którą figura przedstawiała, ale tak ona była teraz piękną, że ócz od niej oderwać nie mogłem.

Rzekła do mnie nareszcie: "Synu mój, nie zapomnę ci tego, coś dla mnie dziś uczynił... i ja za tobą się wstawię, nie zginiesz"... Obudziłem się, cały byłem tym widzeniem przejęty, lecz nie śmiałem nikomu, nawet rodzicom o tym mówić... Wkrótce o wszystkim zapomniałem... o czym innym się myślało... aż dopiero teraz... w tej chorobie... nie wiem we śnie, czy na jawie ujrzałem znowu tąż samą postać, lecz nic mi ona już nie powiedziała! - tylko tak się jakoś patrzyła, że cały drżeć zacząłem.

- Niedługo to trwało - uspokoiłem się, chciałem nawet wmówić w siebie, że to sen lub mara... nic mi nie rzekła... a jednak w uszach mi brzmiało: "nie zginiesz". Wytłumaczyłem to sobie zrazu na korzyść mego zdrowia, ale tylko moment, bo jakiś głos mi szeptał: nie łudź się, wkrótce umrzesz. - Ogarniał mię strach... co tu robić?... posłać po pastora... on taki uczony... niech mi radzi... uspokoi... - czepiłem się tej myśli... ale wnet ją porzuciłem... Wtem jakby mi ktoś szepnął: sprowadź księdza... aż się wstrząsnąłem... chciałem kląć, wymyślać, - lecz nie wiedziałem komu... zdało mi się znów, że widzę ową jasną osobę... i już nie wiem, jak się to stało... żem zawołał: sprowadźcie mi co prędzej księdza proboszcza. - Od razu stało mi się lżej... jakoś rozjaśniło mi się w duszy, zrozumiałem co znaczyło słowo: "nie zginiesz" i począłem się tylko bać, żebyś się pasterzu nie spóźnił... ale, ale teraz wszystko dobrze...

Następnie chory, jakby najlepiej przygotowany, odbył spowiedź, przyjął Wiatyk i Ostatnie Namaszczenie, a w kilka godzin oddał spokojnie Bogu ducha.

Przy pożegnaniu z umierającym prosiłem go, aby mię upoważnił ujawnić przed ludźmi te dziwne drogi, jakimi go Bóg do siebie prowadził, o czym właśnie dowiedziałem się z ust jego.

- I owszem, bardzo proszę - odpowiedział, niech wszyscy wiedzą, co może Maryja, Matka Boża.

Cudowne nawrócenie Wertha wywołało głębokie wrażenie w jego rodzinie i w całej okolicy. Oto jeden z bezpośrednich skutków tego wrażenia: Syn Wertha, kilkunastoletni młodzieniec, dotąd wcale jeszcze nie ochrzczony, natychmiast poddał się przygotowaniu religijnemu i pobożnie przyjął Chrzest św., a następnie przystąpił do Sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej. Inni członkowie rodziny też poczęli spełniać obowiązki dobrych katolików.

Pomny na prośbę umierającego: "niech wiedzą wszyscy, co może Maryja", zaraz obecnym, a następnie na pogrzebie jego, wobec tłumu wiernych i kilku dawnych współwierców i współrodaków zmarłego, opowiedziałem wszystko, com słyszał i widział w sprawie nawrócenia Wertha. Zadałem sobie wszakże pytanie, czy tego dosyć?, i odpowiedź wypadła: "za mało". Umierający żądał: "niech wszyscy wiedzą, co może Maryja", a tego w pewnym stopniu druk dokonać tylko może, dla czci tedy i honoru Tej, która jest potężną Orędowniczką i skuteczną Ucieczką grzeszników, tę opowieść ogłaszam i autentyczność w szczegółach i całości poręczam.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 215-217.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz