Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 9 sierpnia 2016

DZIESIĄTEK RÓŻAŃCA

Ona to wszystkie błędne nauki na całym świecie pokonała. Ta która Prawdę w sobie poczęła i z siebie zrodziła. Wyjednała dla całej ludzkości pojednanie, dlatego też cała cześć chrześcijan musi się z żarliwością ku Niej kierować.
św. Bonawentura

Była niedziela.

Ikona Matki Boskiej z monastyru św. Benedykta,
San Pablo, Brazylia
W szpitalu dozwolono krewnym i znajomym odwiedzać chorych. W sali dla chorych mężczyzn było tego dnia wielu odwiedzających, ruch wszędzie panował wielki; szmer powitań i pytań najrozmaitszych unosił się nad złożonymi chorobą; znoszono słabym rozmaite podarunki. Jeden tylko młody, szczupły, straszną gorączką trapiony żołnierz sam pozostał - nikt go nie odwiedził. W wyschłej ręce trzymał różę i mówił coś do niej, jakby jej zwierzenia ostatnie czynił.

Już od tygodnia służącej szpitalnej pytał się co rana:

— Którego dziś mamy?

Tego dnia powiedziała mu:

— Pierwszego października.
— Ach! — westchnął chory. — Co za dzień?
— Niedziela — brzmiała odpowiedź.
— Pierwszy dzień października... Niedziela!... Chcę dostać jedną różę, ale bardzo ładną i białą.

Służąca szpitalna jest młodą, prawie tak jak chory, i ona dostała już niejeden kwiat w życiu, przeto prośba ta nie wzbudza w niej odrazy, chociaż wychodzi z ust człowieka nad grobem. Uśmiecha się tedy, odchodzi i wnet przynosi choremu to, czego żądał.

— Dziękuję — spokojnie rzekł chory, a po chwili dodał: — Chcę widzieć się z księdzem.

Uśmiech znikł z twarzy dozorczyni. Odrzekła krótko a ostro:

— Daj mi spokój! Różę to jeszcze, ale księdza to absolutnie nie!
— Kiedy ja chcę go koniecznie.

Odeszła, nic już nie mówiąc.

Chory się wzburzył, rozgniewał a gorączka się wzmogła. Nie ma księdza! To niedziela! Wnet uspokaja się, przychodzi mu na myśl, że może pośród odwiedzających chorych upatrzy sobie jaką kobietę, która spełni mu to, o czym myśli. Patrzy wokoło siebie, lecz nie spostrzega ani jednej twarzy, której by mógł zaufać. Nagle tuż obok swego łóżka słyszy odpowiedź chorego sąsiada na pytanie młodej dziewczyny, skromnie odzianej: „Ten chory suchoty ma galopujące; nie przeżyje nocy”.

Wzrok pełen litości pada na niego; poznaje, że o nim mowa - nocy nie przeżyje, a dziś czuje się znacznie lepiej. Zamknął oczy. Nic mu nie powiedziano o tym, co go czeka, dozorczyni odmawia mu księdza, a śmierć blisko. Księdzu wstęp do szpitala według nowych praw francuskich wzbroniony. Odejdzie z tego świata jak pies! A matka? A narzeczona jego? A kwiat ten?

Takie myśli snują mu się po głowie i pod ich wpływem woła nagle, obracając się do nieznajomej:

— Panienko!

Prędko wezwana staje przy nim. To młoda, o dobrym sercu robotnica.

— Słyszałem wszystko... Gdybyś mogła... Chcę księdza i to zaraz... Któregokolwiek, pierwszego napotkanego na ulicy.

Ona zastanawia się chwilkę.

— Dobrze — rzecze. — Ale trzeba, abyś na piśmie tę wolę swoją mi podał; bez tego nie mogłabym uczynić zadość twojej prośbie. Zresztą i z pismem nie wiem, czy uda mi się.

Wnet akt był gotowy, chory podpisał swoje żądanie. Dziewczę prędko oddala się, skracając swoje odwiedziny u chorego.

Po upływie dwudziestu minut ksiądz ukazuje się na sali chorych, robią mu trudności, lecz wobec wezwania pisemnego pozwalają, choć niechętnie. Przystępuje do chorego żołnierza, ściska mu rękę i rzecze:

— Nazywasz się Iwo Plémeur. Pewnieś Bretończyk, ja nim jestem także. Jesteśmy więc przyjaciele, mów tedy śmiało.

Chory się uśmiecha zadowolony.

— Ojcze — rzecze — żołnierzem jestem; długa moja spowiedź będzie i ciężka. Ale cóż robić? Dowiedziałem się teraz przypadkowo, że umrzeć muszę niedługo, chcę więc umrzeć, jak moi ojcowie, po chrześcijańsku.
— Skąd jesteś?
— Z Carnac.
— To pewnie modliłeś się do św. Anny, przynajmniej od czasu do czasu, bo to blisko do jej cudownego obrazu.
— Nie. Gdym wychodził z domu, matka dała mi różaniec i przysiąc kazała, że zawsze bodaj jedną dziesiątkę odmówię. To mię nieraz nudziło bardzo i gniewało, ale wypełniłem, bo, widzi ksiądz, przysiągłem, że co dzień odmawiać będę.
— Matka Boska podziękuje ci i za to na swój sposób. Lecz spowiadaj się, bo czas leci, a dozorczyni wnet będzie chciała wypchnąć mię za drzwi.

Wyspowiadał się i szczęśliwy i zabezpieczony na cios śmierci rzecze do księdza:

— Napiszcie do mojej matki, proszę was o to.
— Chętnie. A może masz jeszcze co do zlecenia?
— Chciałbym, aby poświęcono tę różę dzisiaj i odesłano ją do mej narzeczonej, Marii le Hoedic w Port-Haliguen. Ona kocha Najświętszą Pannę Maryję. Róża, według niej, to kwiat Matki Boskiej. I jak przysiągłem matce mojej odmawiać co dzień jedną dziesiątkę różańcową, tak i jej przysiągłem posłać poświęconą różę w pierwszą niedzielę każdego roku. Chciała, aby ją poświęcił ksiądz biały, dominikanin, ale go dotąd nie widziałem.

Oczy księdza zaszły na to łzami rozrzewnienia.

— Posłuchaj, Iwonie! Ja jestem pierwszym księdzem, którego ta młoda dziewczyna spotkała na ulicy i poprosiła do ciebie. Patrz się!...

Mówiąc to, rozpiął płaszcz i biały habit dominikański ukazał zdziwionemu i uradowanemu choremu. Iwo złożył ręce, jakby do modlitwy:

— Ojcze I jak szczęśliwy jestem teraz i moja Maria też będzie szczęśliwą...
— Widzisz, Iwonie, jak Matka Boska, Królowa Różańca św., jest dobrą. To Ona do ciebie mię posłała. Dziś Jej święto; w piękny dzień pójdziesz do nieba... Bądź spokojny, ufaj, mój przyjacielu!
— Ufam, Ojcze, i w Maryi, Królowej Różańca św., pokładam moją całą nadzieję.

Tego dnia o ósmej wieczorem umarł młody żołnierz, a w tym czasie w klasztorach śpiewali dominikanie "Salve Regina - Witaj Królowo nieba!".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 69-72.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz