Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 14 listopada 2017

TRUDNE ZWYCIĘSTWO MATKI

Przybądź z pomocą swoim biednym dzieciom, o, Matko litościwa; o, Orędowniczko; o, Ucieczko grzesznych; odpędź od nas w godzinie śmierci diabły, naszych oskarżycieli i naszych nieprzyjaciół, których straszny wygląd nas przeraża. Przyjdź nas oświecić w ciemnościach śmierci. Prowadź nas, towarzysz nam przed trybunał naszego Sędziego, Twojego Syna; wstawiaj się za nami, ażeby nam przebaczył i przyjął nas do grona swoich wybrańców na pobyt wiecznej chwały. Amen.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W małej chacie, na Podkarpaciu, mieszkała sześćdziesięcioletnia włościanka Maria ze swym synem Janem. W szałasie rozgościł się znany gość w chatach włościańskich - nędza i smutek. Przyczyną ciężkiego, jak chmury jesienne w naszym kraju, smutku matki, było postępowanie jej syna, który nie chciał troszczyć się o jedną krowę i trzy kozy, to jest o cały majątek, lecz bujał po górach i lasach, polując ukradkiem w dzień i w nocy. Wszelkie prośby i łzy matki pozostawały bez skutku.

Jan dbał tylko o wesołe towarzystwo, uganiał za dziewuchami, a często, zbyt często wpadał do karczmy, by sprzedać szpetnemu żydkowi ukradkiem upolowaną zwierzynę. Nawet w niedzielę unikał Jaś domu własnego, a przed kościołem uciekał jak diabeł przed święconą wodą. Nic więc dziwnego, że matka miała zmartwienie, a różaniec nie wychodził z jej rąk.

Modliła się żarliwie i bez ustanku o upamiętanie syna. Nagle, jednego dnia zjawił się młody góral w chacie Marii, oświadczając, że Jan leży na szczycie pobliskiej góry z przestrzeloną piersią i połamanymi nogami.

"On już nie wróci zdrowym do chaty", zakończył góral, chcąc odejść.

Biedna matka zatrzymała go jednak, prosząc, by zawołał ludzi ze wsi, a przede wszystkim księdza, celem niesienia choremu pomocy.

"On nic nie chce wiedzieć o spowiedzi", odrzekł góral.

Tymczasem zeszli się ludzie, do których odezwała się matka:

"Ja przyjmę na siebie pokutę w ostatniej chwili mego życia. Jakkolwiek z wielkim trudem przyjdzie mi wydrapać się na górę, gdzie syn mój leży, to jednak pójdę".

Przy tych słowach wzięła świeżej wody dla obmycia ran i odświeżenia sił chorego w skórzany worek i rozpoczęła się drapać po wzgórzach, lasach, urwiskach i skałach. Wkrótce przestało krwawić się serce matki, lecz za to ciekła krew z jej rąk i nóg, zranionych od chwytania się zarośli i ostrych kamieni. Po półtoragodzinnej drodze opuszczały siły biedną kobietę, lecz troska o syna pędziła ją dalej.

"Wszystko dla niego", myślała. "Może Bóg mu przebaczy, gdy konający Jaś ujrzy mój różaniec, zbroczony krwią matczyną". Takie myśli opanowały staruszkę, która drapała się coraz wyżej i wyżej. Wtem zobaczyła również wspinającego się księdza z ostatnimi sakramentami, którego wysłali górale do chorego, i to jej dodało sił. Na górze leżał konający Jan, cierpiąc i klnąc przeraźliwie. Miotał obelgi na świat, Boga, wreszcie księdza, który na próżno starał się go nakłonić do przyjęcia ostatniej pociechy religijnej.

Smutny siedział ksiądz na skale, szepcąc modlitwę nad umarłymi. Wtem poruszyły się krzewy. "Boże! coś drapie się na skałę", zawołał ksiądz. Równocześnie słyszą słowa: "Boże! wszystko dla niego, dla mego syna, każda kropla krwi, mego potu, każde zniosę cierpienie, jako pokutę za niego i dla niego, łaski dla dziecka, Matko Miłosierdzia". W czasie tych słów matki, z której znojonego czoła leje się pot, a krew barwi kamienie, choremu synowi, jakby ciężka skała padła na serce. Wtem matka płacząc i śmiejąc się na przemian, zbliża się do syna, podaje mu wodę ze słowami: "Mój synu, mój drogi synu!". Nagle widzą obecni, jak łzy puszczają się potokiem z oczu chorego, który przytulając matkę do piersi, woła: "O moja mamo!".

Chwila ta przejmuje grozą wszystkich obecnych, jakiś kurcz nerwowy dusi ich gardła, nikt nie może słowa przemówić. Po chwili uspokaja się konający, gdy przeciwnie, matka rozpacza nad nieszczęściem swego jedynaka. Chory czuje bliski zgon, a skłoniwszy głowę na piersi matki, przypomina sobie dziecięce lata, pierwszą Komunię świętą i czas... gdy przestał, gdy zapomniał modlitwy... Czas ten uciekł, syn zaczyna się modlić na nowo i prosi Boga o przebaczenie, biorąc w stygnące ręce różaniec matki.

"Ty Boże, woła matka, przyjmij tę pokutę syna i moją krwawą".

Zbliża się kapłan i słucha długiej spowiedzi umierającego. Wtem górale przynoszą dwie nosze. Jan zwraca się do obecnych i szepcze:

"Moja matka mię uratowała, dziękuję Bogu za śmierć, słodszą mi ona od mego życia bez Boga".

Chory podnosi się do matki z ostatnimi słowami: "Matko! twój różaniec mym szczęściem, twoja pokuta mym zdrowiem, przebacz Boże".

Ostatnie te słowa wychodzą bez dźwięku, pierś chorego zaczyna pracować, strumień krwi bucha z jego ust, chory kona, szepcząc głosem ledwo słyszalnym:

"Matko!".

Skonał.

Tymczasem ludzie kładą trupa na mary, a na drugie nosze matkę, której oczy suche z rozpaczy...

Niedługo staruszka żyła po śmierci jedynaka. Wkrótce za synem przeniosła się w inny świat, pokuta jej, zwycięstwo nad duszą Jasia było za ciężkie... 

("Jedność" 1899. Nr 21)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz